Tekst był opublikowany w zielonogórskiej Gazecie Wyborczej 17 października 2000 r.

Rok 1984. Zielonogórski aeroklub czujnie obserwują milicjanci. Szefowie wyszkolenia codziennie sprawdzają, czy samoloty zostały odpowiednio zabezpieczone. A więc czy mają założone łańcuchy na śmigłach, wyjęte akumulatory i spuszczone do połowy baku paliwo. Zaraz po wprowadzeniu ich do hangaru mechanicy majstrują w silniku i uszkadzają jakąś jego część. Tylko oni mogą później uruchomić samolot.

Pod ścisłą kontrolą są też wszyscy piloci. Od czasu ucieczki Jana Zytki lotniskiem opiekuje się stały „opiekun” z SB.

Zostałem uprowadzony

Był jesienny dzień 1983 roku. – Od rana mieliśmy ćwiczyć uczniów liceum lotniczego w skokach ze spadochronem – opowiada Leszek Drygasiewicz, szef wyszkolenia. – Pilot Jan Zytka miał ich wyrzucać z samolotu. Przyszedł do pracy, pobrał samolot ze stojanki i miał go przekołować pod stację benzynową.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej