Tekst był opublikowany w zielonogórskiej „Gazecie Wyborczej” 10 kwietnia 2009 r.

– Sumienie by mnie zjadło, gdybyśmy wtedy nie weszli do tego mieszkania – mówi 12-letni Konrad z Żar. Od tamtego dnia niedługo minie rok.

Były wakacje. Słoneczny dzień bez chmurki. Idealna pogoda na grę w piłkę. Konrad spotkał się z Kubą i Damianem, swoimi kolegami z podwórka. Od domu tego ostatniego najkrótsza droga na boisko prowadziła obok starych poniemieckich szeregowców przy ul. Zwycięzców. Pod jednym z okien usłyszeli wołanie o pomoc. Wspominają, że jakoś wtedy o niczym nie rozmawiali, żaden z nich nie uderzył o ziemię piłką. Zupełnie jakby mieli usłyszeć głos, który dobiegał zza okna. Chwilę później stali pod drzwiami mieszkania. Damian przyłożył ucho do drzwi. Pukali kilka razy. Wreszcie usłyszeli „wejdźcie”. Nie pamiętają, który pierwszy chwycił za klamkę, najważniejsze, że drzwi nie były zamknięte na klucz.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej