Zostawili kolegę w polu, zamarzł. Wyrok dla obu: kara śmierci. Ale udało się nam z Walerianem Piotrowskim zamienić karę na 25 lat. Odetchnąłem z ulgą, gdy zniesiono karę śmierci - opowiada Tadeusz Smykowski, nestor zielonogórskiej adwokatury.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z Tadeuszem Smykowskim*

(Zanim przechodzimy do rozmowy, mecenas opowiada historię wieków adwokatury. Średniowieczne sądy kapłanów, Statuty Wiślickie, czyli nasza Magna Carta i to, że Kazimierz Wielki w 10. statucie zawiera ważny punkt o zawodzie adwokata)

Maja Sałwacka: – Jak wyglądał zawód adwokata, kiedy pan zaczął w nim pracować? Był 1963 r.

Tadeusz Smykowski: – Nie każdy mógł mieć prywatną kancelarię. Do tego potrzebna była specjalna zgoda ministra sprawiedliwości. Pracowaliśmy w zespołach adwokackich. W Zielonej Górze było 35 adwokatów i radców prawnych. W naszym zespole nr 1, który mieścił się przy ul. Jedności, pracowało siedmiu, ośmiu adwokatów. Kancelarie może były ze dwie, trzy na całe województwo. Miasto było mniejsze, ale spraw także było mniej.

Prawnik kiedyś był elitarnym zawodem.

– I tę elitę wymordowano podczas wojny. W 1939 roku, w Polsce mieliśmy ok. 8 tys. adwokatów i 3,6 tys. aplikantów. Zabito połowę adwokatów, zginęło 95 proc. aplikantów. Po wojnie zawód trzeba było odbudować.

Kiedyś przechodził z ojca na syna?

– Moi rodzice byli rzemieślnikami. Podczas okupacji uczyli mnie w domu. Gdy skończyła się wojna, mogłem od razu rozpocząć naukę w trzeciej klasie. Zostałem prawnikiem z przymusu. Marzyłem, by być lekarzem, ale nie dostałem się na akademię medyczną. Pogrążyły mnie punkty za pochodzenie. Pojechałem nawet odwołać się do Warszawy, czekałem trzy dni na ministra zdrowia. Jerzy Sztachelski, ten sam, który we Lwowie w 1939 r. wystawiał zaświadczenia władzom, że w humanitarnych warunkach wysiedla się Polaków na Syberię, kazał mi zdawać za rok. Wróciłem do Poznania i skorzystałem z wrześniowego naboru na prawo. Po roku nauki nie myślałem już o medycynie.

Po studiach pracował pan w milicji.

– Dyplom obroniłem w czerwcu 1957 r. To był trudny rok dla absolwentów prawa. Po Poznańskim Czerwcu nie przyjmowano na żadne aplikacje. Musieliśmy szukać innej pracy. Krótką chwilę pracowałem w referacie finansowym Wojewódzkiej Rady Narodowej. Opracowywałem budżety województwa. Strasznie nudna robota. Koledzy z roku wciągnęli mnie do pracy w Komendzie Wojewódzkiej Milicji w Poznaniu. Przez rok pracowałem w dochodzeniówce, ale nie prowadziłem przesłuchań. Szkoliłem policjantów z posterunków i komend w powiatach. To była postalinowska odwilż, Gomułka doszedł do władzy i wprowadzał namiastki obiektywizmu w prowadzonych postępowaniach. Uczyłem policjantów Kodeksu karnego. To była ciekawa praca.

Wkrótce ogłoszono nabór na aplikację sędziowską...

– W 1961 r. zdałem egzamin. Pracowałem w sądach pod Poznaniem. To był czas, gdy w polskim prawie było dużo niespójności. W sądzie w Kole musiałem orzekać w niektórych sprawach w oparciu o Kodeks Napoleona, np. w sprawach spadkowych. Wg niego małżonkowie nie dziedziczą po sobie, tylko ich dzieci. A żeby zdobyć sam kodeks, musiałem pożyczać go od jednego adwokata. W bibliotece akademickiej w Poznaniu był tylko jeden egzemplarz.

Dyplom obroniłem w czerwcu 1957 r. To był trudny rok dla absolwentów prawa. Po Poznańskim Czerwcu nie przyjmowano na żadne aplikacje. Musieliśmy szukać innej pracy.

Ale rzucił pan tę robotę?

– Chciałem pracować jako adwokat. Miałem wrażenie, że w sądzie więcej się nie nauczę. Druga sprawa, młody sędzia zarabiał gorzej niż posterunkowy. Ale zgody na bycie adwokatem w poznańskim okręgu nie otrzymałem. Moja żona była prokuratorem. A rygorystyczne przepisy zabraniały, by małżonek sędziego lub prokuratora był adwokatem na tym samym terenie. Przeniosłem się do Zielonej Góry.

Przepis już zniesiono, dobrze czy źle?

– To może być pokusa powoływania się na powiązania. Ale nie zawsze może zadziałać.

Jak długo kursował pan między Poznaniem a Zieloną Górą?

– Ponad 40 lat. Do 2005 r., do śmierci żony. Od poniedziałku do piątku pracowałem w Zielonej Górze. W Poznaniu miałem dom, córka kończyła szkoły. Dziś także jest adwokatem. Gdy przyjechałem tu, miasto kończyło się za aresztem. Na ul. Jedności przed kamienicami były ogródki. Przestępstwa, które rządziły miastem? Bójki i manka.

Kogo wtedy było stać na adwokata?

– Wbrew pozorom wtedy spraw z urzędu było znacznie mniej. Kiedyś cała rodzina robiła zrzutkę na mecenasa.

Sprawa, o której nie może pan zapomnieć?

– Ta z tragicznym sądowym finałem. Chodziło o zabójstwo oficera milicji z Żagania, ojca dwójki dzieci. Niespełna 20-letni chłopak, szprotawianin Miałkaś, został zatrzymany w nocy przez patrol. Próbował uciekać, ale nie odpalił motoru. Milicjanci, podejrzewając, że próbował zrobić skok na sklep, zatrzymują go w komisariacie. Dwójka milicjantów idzie po motor, gdy wracają, zastają zamknięty posterunek, przez okno widzą plamę krwi. Miałkaś wraca pieszo do Szprotawy, a gdy zostaje zatrzymany, opowiada, że zabił w afekcie. Gdy poprosił o ogień, milicjant miał go zwyzywać. Wyciągnął zza paska siekierkę i rozłupał milicjantowi głowę. Twierdził, że nie zdawał sobie sprawy, że może zabić. Sąd w Zielonej Górze skazał go na 25 lat więzienia. Ale prokurator wniósł rewizję wyroku. Sąd Najwyższy skazał go na karę śmierci. Wyrok wykonano w zakładzie karnym we Wrocławiu.

Który to był rok?

– Początek lat 70. Cyrankiewicz był wtedy przewodniczącym rady państwa. Pamiętam, bo nie skorzystał z prawy łaski. Nie tłumaczył dlaczego.

Miałkaś pogodził się z wyrokiem?

– Napisał do mnie list, żałował, że wyrok 25 lat nie utrzymał się. Po rozprawie mówiłem mu, że mógłby starać się o warunkowe zwolnienie, wtedy wyszedłby na wolność, mając tyle lat, ile ja wówczas miałem. Prokurator mówił, że był pogodzony ze śmiercią. Poprosił tylko o ostatniego papierosa. Dostał ogień.

A pan ma żal do siebie, że nie udało się uchronić klienta przed skazaniem?

– Mam. Nie mogłem uczestniczyć w rozprawie w Sądzie Najwyższym, wnosiłem o zmianę terminu, ale się nie zgodzono. Choć zastąpił mnie bardzo dobry warszawski adwokat, do dziś mam wyrzuty, że osobiście go nie broniłem. Choć Miałkaś za złe mi tego nie miał. Chyba każdy z nas zdawał sobie sprawę, że wówczas nikt nie miał szansy go wybronić.

W kolejnej sprawie udało się panu uratować człowieka.

– Dwaj mężczyźni wywlekli na pole pijanego kolegę. Rozebrali, ukradli drobne pieniądze i resztkę wódki. Zostawili pijanego w sztok na mrozie. Zamarzł na śmierć. Wyrok dla obu: kara śmierci. Ale udało się nam z Walerianem Piotrowskim wyrok zmienić na 25 lat. Odetchnąłem z ulgą, gdy zniesiono karę śmierci.

A sprawy polityczne?

– Były, ale niewiele. Prowadziłem sprawę byłego Cichociemnego. Po powrocie z Anglii był prześladowany przez bezpiekę, ciągle aresztowany, przesłuchiwany. Został zniszczony psychicznie. Pracował w gospodarstwie. I podczas jednej popijawki zniknął jego kompan od wódki. Sprawa wyjaśniła się po czasie, gdy świnie wykopały z obornika korpus mężczyzny. Mój klient poćwiartował kolegę na kawałki. Udowodniłem przed sądem, że był człowiekiem niepoczytalnym. Dostał niski wyrok, bo 15 lat. Czyn był straszny, ale tłumaczenie dziwne i proste „zabiłem, bo mi narobił do łóżka”.

A procesy o słynne spekulacje mięsem, podobne do procesu Stanisława Wawrzeckiego?

– Nie z tak tragicznym wyrokiem, ale takie sprawy były bez przerwy. Mieliśmy spółdzielcze zakłady mięsne, np. wielką „Przyjaźń” w Słubicach. Wyprodukowaną nadwyżkę wędlin dawano konwojentowi, a ten rozwoził po kierowniczkach sklepów. Ta rozliczała się z mistrzem produkcji. Takich spraw w okręgu było masę.

Co zmieniło się przez te lata?

– Prawo. Dziś przepisy zmieniają się tak szybko, że co pół roku kupuję nowy Kodeks karny. Kiedyś prawo było bardziej przejrzyste. Do 1970 r. obowiązywał Kodeks z 1932 r. Od tego czasu, do nowego kodeksu wprowadzono ze 100 poprawek.

Dochodzą nowe typy przestępstw, np. stalking. Kiedyś nikt też nie ścigał za zamordowanie psa.

– Ale takie przestępstwa były w kodeksie. Niektóre zmiany oczywiście są potrzebne, ale te wprowadzane ostatnio niekoniecznie. Od 1920 r. w Polsce działa komisja kodyfikacyjna. I działała ona niezależnie od tego, jak zmieniały się rządy. Do komisji wprowadzano tylko przedstawiciela parlamentu. Do dziś obowiązuje prawo wekslowe utworzone przed wojną. Było tak dobre, że Niemcy je zgapili w całości.

Sprawa Miałkasia zamknęła się w rok. Dziś procesy trwają znacznie dłużej.

– Mam sprawę z 1999 r. Była już zwracana do ponownego rozpatrzenia przez Sąd Najwyższy. I nadal nie ma dowodów, by skazać mojego klienta, którego prokurator oskarża o handel narkotykami. Blisko dwa lata przesiedział w areszcie.

To prawie 20 lat procedowania. Jak zmieniło się jego życie?

– Zestarzał się...

Jeśli zostanie uniewinniony, będzie pan dochodził odszkodowania?

– Pozbawienie wolności jest ciężką dolegliwością, taką krzywdę trzeba naprawić. Komenda za te kilkanaście lat może dostać 5 mln zł.

Dziś jest wiele pozwów o błędy lekarskie, szpitale wykupują polisy.

– Kiedyś nie oskarżano lekarzy. W latach 70. owszem, zdarzyła mi się jedna sprawa, oskarżano pięciu lekarzy pogotowia. Przyjeżdżali jeden po drugim do kobiety w połogu. Żaden nie zauważył, że to zakażenie poporodowe. Kobieta zmarła. Trzech ostatnich lekarzy zostało skazanych.

Bronił pan także oskarżonych w sprawie o zabójstwo króla cygańskiego i wymordowanie rodziny Huczków.

– To była najdłuższa mowa końcowa. Zacząłem o godz. 9, skończyłem o 14. Znałem świetnie akta, a tylko wtedy możesz być skutecznym. Zostali uniewinnieni.

Ale potem wykonano badania DNA i zostali jednak skazani...

– Ale już ich wtedy nie broniłem. Zostałem odsunięty od sprawy.

2 listopada minie 55 lat w zawodzie adwokata. Jak długo jeszcze będzie pan pracował?

– Do śmierci! Prawnicy powinni pracować, dopóki są sprawni intelektualnie!

Prezes Kaczyński wprowadziłby chętnie limity wiekowe, przynajmniej wśród sędziów Sądu Najwyższego.

– Na szczęście w adwokaturze nie ma ograniczeń. Były do 1989 r. Wtedy każdy po siedemdziesiątce musiał odejść.

Tadeusz Smykowski w swojej  kancelarii
Tadeusz Smykowski w swojej kancelarii  Fot. Władysław Czulak

Jak często można spotkać pana w sądzie?

– Mam już 83 lata, więc rzadziej. Ale nadal jeżdżę po sądach w całym województwie. Choć jedna z takich podróży mogła się skończyć fatalnie. Rok temu dostałem zawału w pociągu. Uratowała mnie konduktorka, która rozpoczęła reanimację. Szczęście, że dwa tygodnie wcześniej przeszła szkolenie. Ale gdy na stację przyjechało pogotowie, nie chcieli mnie ratować. Byłem siny. Konduktorka skłamała, że ruszałem ustami. No to jednak mnie uratowali, zrobili elektrowstrząsy. A miałem nie żyć.

Z konduktorką z Puszczykowa jestem w stałym kontakcie. Dzwoni do mnie i pyta, czy o siebie dbam. Jest jak lekarz.

Krzyż kawalerski, srebrny krzyż, trochę nazbierał pan tych odznaczeń.

– To nie są rzeczy, które pielęgnuję. Sprawy moich klientów są ważne. Dziś młodzież często nie ma tej iskry bożej. Trzeba bronić, pomagać, a nie patrzeć na pieniądze. Adwokat żyje grzechami swoich klientów. Gdy zasypiam, analizuję, czy wszystko zrobiłem prawidłowo. Może opuścić cię matka, żona, ale adwokat musi być z tobą do końca.

*Tadeusz Smykowski urodził się 20 lipca 1935 r. w Bojanicach w Wielkopolsce. Studia prawnicze ukończył na UAM w Poznaniu. Aplikację adwokacką odbywał w Zielonej Górze, ślubowanie złożył w 1963 r., trzy lata później złożył egzamin adwokacki. W latach 1995-98 był dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej w Zielonej Górze. Wykształcił 30 prawników, m.in. Krzysztofa Szymańskiego

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    W latach 1957 - 1961, z krótką przerwą pracował w MILICJI, w Komendzie Wojewódzkiej Milicji w Poznaniu.
    Zdezubekizowanemu najlepszemu polskiemu agentowi Gromosławowi Czempińskiemu odebrano emeryturę i ma teraz 1700 PLN. A jak to wygląda z zasłużonym mecenasem Smykowskim?
    już oceniałe(a)ś
    0
    0