Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Stelmet po pierwszej kwarcie prowadził 21:16. Pozwolił rywalom na kilka prostych punktów, ale sam grał mądrze w ataku, wybierając najpewniejsze opcje i mocno prąc na kosz, co otwierało pozycje kolejnym zawodnikom.

Legia, przeciwnie, na atakowanej połowie się męczyła, szybko popełniła sześć strat ze wszystkich 22, jakie zanotowała tego dnia w hali CRS. Niezły początek miał Filip Matczak. Wychowanek zielonogórskiego klubu pokazał parę ładnych asyst, ale punktował mniej niż zwykle. Rozkręcił się nieco później, w całym spotkaniu wrzucił 10 oczek, co i tak było najwyższą zdobyczą wśród legionistów. Nie zmienia to faktu, że "Fifi" mecz zagrał kiepski - sporo pudłował i stracił aż pięć piłek.

Fot. Władysław Czulak / Agencja Gazeta

Jak to się stało, że Stelmet odpłynął? Ano tak, że pod koniec pierwszej kwarty na parkiet weszli Marcel Ponitka i Ivica Radić, do których należało kilka następnych minut meczu. Panowie wzorowo grali pick'n'rolle, a jak już chorwacki środkowy wykończył dwie kolejne akcje i skupił na sobie uwagę obrońców, to wolną drogę do kosza miał Ponitka. Za chwilę ten ostatni wyprowadził kontrę, podał do rogu, gdzie trójkę odpalił Koszarek i gospodarze prowadzili 29:18. Tane Spasev, trener gości, wziął czas. 

Chwila na oddech Legii jednak nie pomogła. Radić wyrobnikiem jest niesamowitym (12 pkt w pierwszej połowie, 4/4 z gry, 4/6 z linii), ale fantastyczna w tym okresie gra Stelmetu to przede wszystkim zasługa Ponitki, który nie dość, że dwoił się i troił w obronie, to jeszcze mądrze kierował grą w ataku. Znajdował kolegów, a w razie potrzeby skutecznie kończył sam. No i wyprowadzał swoje piekielnie szybkie ataki. Po jednym z nich trójkę z rogu rzucił tym razem Przemysław Zamojski. Żan Tabak zadowolony, jego drużyna prowadziła 36:22.

Fot. Władysław Czulak / Agencja Gazeta

Legia w odpowiedzi próbowała kryć strefą. Jarosław Zyskowski (18 pkt, 6/9 z gry) nie mógł się wstrzelić zza łuku, więc na chwilę to pomogło. Ale tylko na chwilę, bo ten dzień należał do Stelmetu.

O losach spotkania przesądziła chyba sekwencja, która wydarzyła się przed końcem drugiej kwarty i którą opisać można tak: Joe Thomasson blokuje rywala przy próbie zza łuku, Ponitka wyprowadza kontrę, Zyskowski kończy 2+1. Ponitka kradnie piłkę przy wznowieniu spod kosza, ta krąży po obwodzie, Thomasson za trzy... siedzi! 42:24 dla Zielonej Góry. Legioniści kompletnie załamani.

 

Goście z jako takim zaangażowaniem wyszli jeszcze na trzecią kwartę, ale wiary w sukces wystarczyło im na parę minut. Stelmet agresywną grą w obronie i naprawdę fantastycznym czytaniem gry w ataku szybko wybił przeciwnikowi z głowy koszykówkę. Już pod koniec trzeciej kwarty na parkiecie zameldował się Julian Jasiński, a w czwartej Kacper Mąkowski i Kacper Traczyk. Strzelaninę na rozbitym rywalu urządził sobie Przemysław Zamojski, kończąc zawody z 16 punktami na koncie (3/4 za trzy).

Legia pogrążona w kryzysie po meczu w Zielonej Górze legitymuje się bilansem 0-4. Skład na papierze przyzwoity, niby nie gorszy niż przed rokiem, a jednak nic nie idzie. Wygląda na to, że w stolicy będą myśleć nad zmianami.

 

STELMET ENEA BC ZIELONA GÓRA 104:73 LEGIA WARSZAWA

KWARTY: 21:16 | 30:18 | 23:10 | 29:20

STELMET: Hakanson 8 (2), Thomasson 8 (1), Zyskowski 18 (1), Meier 4, Gordon 14 oraz Koszarek 6 (1), Ponitka 7 (1), Radić 14, Zamojski 16 (3), Jasiński 6 (1), Traczyk 2, Mąkowski 0.

LEGIA: Kowalczyk 9 (1), Sosa 3 (1), Finke 9 (1), Belemene 9 (1), Nowerski 4 oraz Pinder 3, Matczak 10 (1), Brandon 7 (1), Kiwilsza 3, Kuźkow 7 (2), Linowski i Nizioł po 0.

 
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.