Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obie ekipy zaczęły jakoś niemrawo. Stal nie postawiła trudnych wymagań w obronie, nie podkręcała tempa, nie pokazała większego pomysłu na rozbicie defensywy Stelmetu. Gospodarze swoje w nogach mają, więc trochę się dopasowali. Wychodziły im jakieś nieporozumienia w obronie, zostawiali otwarte ścieżki pod kosz. Nie byli tak agresywni jak zwykle. Trener Tabak szybko stracił cierpliwość, ale wytchnienia w tym akurat spotkaniu miał nie zaznać.

Atak zielonogórskiego klubu też nie funkcjonował jak zazwyczaj, ale tym razem dziki mogły polegać na trafieniach za trzy. Przemysław Zamojski (tym razem w pierwszej piątce) celnymi próbami zza łuku zdobył wszystkie 9 pierwszych punktów Stelmetu, a i później łupał jak szalony. Na koniec meczu pochwalić się mógł 20 zdobytymi punktami, w tym 6/7 za trzy!

Przyjezdni na prowadzenie wyszli tylko raz, mniej więcej na trzy minuty przed końcem pierwszej kwarty. W tym czasie na parkiet po raz pierwszy wybiegł podpisany przed paroma dniami George King. Co możemy o nim powiedzieć? Niesamowity atleta, do tego potrafi przymierzyć zza łuku. Skacze tak wysoko, że po jednej z prób bloku zastanawialiśmy się przez chwilę, czy nie dałby rady ściągnąć monety umieszczonej na górnej krawędzi tablicy. Na pewno bardzo przyda się w obronie, choć trener Tabak będzie miał mu wiele do przekazania. Chorwat wściekał się, że King zostawia rywalom za dużo miejsca i nie zamyka przestrzeni, gdy drużyna przeciwna przeprowadza piłkę przez połowę. Wiadomo, że szkoleniowiec Stelmetu oczekuje odcięcia już pierwszego podania.

Amerykanin w debiucie na parkiecie spędził 18 minut, notując 6 pkt (2/5 za trzy), do których dołożył 6 zbiórek, 3 asysty i 2 przechwyty. Czyli wypadł bardzo dobrze.

Pierwszą połowę Stelmet kończył z wynikiem 53:40 do przodu, ale Tabak i tak ciągle łapał się za głowę. Zdarzało się, że wściekły zmieniał swoich zawodników co dwie minuty. Wszystko wyglądało na wymęczone, obrona nie chodziła jak zwykle. Sytuację ratowały rzuty z dystansu - gospodarze do przerwy mieli już 10/17 za trzy, podczas gdy goście - ledwie 1/11.

 

Wydarzeń po zmianie stron nie ma sensu szczegółowo relacjonować. Koszykarze Stelmetu to na chwilę przysypiali, to na chwilę się budzili, ale większych wahań wyniku nie było. To przede wszystkim zasługa gości, którzy nie zrobili nic, by wywieźć z Zielonej Góry dwa punkty. Grali zupełnie bez pomysłu. Jedynie Nikola Jevtović pokazywał swoje fajne manewry pod koszem (17 pkt, 8/11 z gry), a dobre, odważne zmiany dawał Daniel Szymkiewicz (11 pkt, 5/7 z gry, 5 zbiórek, 6 asyst). Regularnie punktował jeszcze Paulius Dambrauskas (18 pkt, 7/12 z linii wolnych). Ale jako drużyna? W trzeciej kwarcie tracili do przeciętnie grających gospodarzy prawie 20 oczek! Przede wszystkim to jednak w obronie nie postawili większych wymagań czterokrotnemu mistrzowi Polski. Na trzy minuty do końca po bardzo długim pościgu podeszli na dziewięć punktów, ale to było na tyle. 

Zawodnicy Stelmetu popełnili masę podręcznikowych błędów, za które nikt ich nie ukarał. Tym samym odnieśli 14. zwycięstwo w lidze z rzędu. I to jest najważniejsze. Oby tylko to łatwe zwycięstwo ich nie rozleniwiło.

 

STELMET ENEA BC ZIELONA GÓRA  99:90   BM SLAM STAL OSTRÓW WLKP.

Kwarty: 24:17 | 29:21 | 31:24 | 14:26

STELMET: Hakanson 3 (1), Thomasson 15 (1), Zamojski 20 (6), Zyskowski 13 (1), Radić 9 oraz Koszarek 12 (2), Meier 7 (1), Ponitka 10 (1), King 6 (2), Witliński 4. 

STAL: Threatt 11 (3), Dambrauskas 18 (1), Żołnierewicz 11, Mokros 7 (1), Jevtović 17 oraz Szymkiewicz 13, Garbacz 7 (1), Jackson 6, Dylewicz 0.

 
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.