Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Włocławek zagrał 8-osobowym składem, osłabiony absencją Shawna Jonesa, McKenziego Moore'a i Jakuba Karolaka. Już pierwszą kwartę przegrał 12:30, co ustawiło dalszy przebieg meczu. Anwil grał bałaganiarską koszykówkę, miał problem z zastawieniem deski i tracił mnóstwo oczek z kontry.

Gospodarze poprawili się nieco w drugiej odsłonie, ograniczyli błędy, ale gracze Stelmetu wciąż fantastycznie kryli najmocniejszych koszykarzy rywali, w tym Ricky'ego Ledo i Chase'a Simona, którzy w 20 minut gry uzbierali wspólnie ledwie 6 oczek. Mało tego - z Ledo na parkiecie rywale byli 22 punkty na minusie. Gwoli prawdy, cała drużyna Anwilu miała ogromny problem ze skutecznością, notując do tego czasu ledwie 2/15 za trzy. 

Stelmetowi zaś krótka przerwa najwyraźniej dobrze zrobiła, bo zawodnicy trenera Żana Tabaka znów świetnie pracowali jako drużyna - dzielili się piłką, podejmowali dobre decyzje, a ręce nie drżały przy rzutach. Najlepiej na parkiecie czuł się powracający do Włocławka Jarosław Zyskowski, który już do przerwy miał 16 pkt. Mecz zakończył z 21 oczkami na koncie (11/11 z linii wolnych) i 7 zbiórkami.

 

Anwil momentami próbował grać strefą, ale to przynosiło mu tylko większe szkody. Skrzydła w trzeciej kwarcie podciął mu Tony Meier, który pomimo szybkiego złapania czwartego faulu pozostał na parkiecie, za co odwdzięczył się dwoma celnymi rzutami z dystansu.

Stelmet sumiennie realizował swoje założenia i niedługo później prowadził już 20 punktami. Na prowadzenie 66:44 wyprowadził nas zlekceważony na dystansie Łukasz Koszarek. Kapitan zauważył, że Ledo nie kwapi się do obrony, więc po przekozłowaniu piłki przez połowę zaaplikował Amerykaninowi trójkę sprzed samego nosa.

Uwaga! Po trzech kwartach Anwil notował katastrofalne 16/54 z gry, miał tylko pięć asyst. Na deskach przegrywał 28:42. Pogrom!

Ekipie z Zielonej Góry nie pozostało nic innego, jak przypieczętować drugą wygraną nad Anwilem w tym sezonie. Energiczną zmianę zdążył dać jeszcze Ponitka, przewaga sięgnęła 30 punktów, ale gospodarze byli już tak przybici, że specjalnie wysilać Stelmet się nie musiał. Sprawę ułatwił szybko przekroczony limit fauli miejscowych. Nieco luźniejsze nastawienie zielonogórzan poskutkowało sześcioma celnymi próbami zza łuku Anwilu w ostatniej kwarcie, ale to mistrzom Polski pozwoliło jedynie podreperować statystyki.

Stelmet wygrał we Włocławku wynikiem 95:79.

 

- Co oznacza to zwycięstwo? Niczego nie oznacza. To jest sezon. W fazie play-off gra rozpoczyna się od nowa. Tam jest inne granie. Oczywiście, wygrana cieszy, bo walczymy o przewagę parkietu - przyznał po meczu najlepiej punktujący Zyskowski. - Graliśmy zespołowo, pchaliśmy piłkę pod kosz, trafialiśmy trójki i dobrze biegaliśmy do kontry. Możemy być zadowoleni - dodał.

Szymon Szewczyk: - Dopiero w końcówce złapaliśmy wiatr i zaczęły nam rzuty wpadać. Czasami zdarza się dzień, że nic nie siedzi. Trzeba to przełknąć i tyle. To nie jest koniec świata. Wypadło nam trzech ważnych zawodników, ale tym nie będziemy się tłumaczyć.

ANWIL WŁOCŁAWEK 79:95 STELMET ENEA BC ZIELONA GÓRA

Kwarty: 12:30 | 23:16 | 14:24 | 30:25

STELMET: Hakanson 10 (2), Thomasson 5, King 12 (1), Meier 12 (2), Radić 7 oraz Koszarek 7 (1), Zyskowski 21 (2), Gordon 12, Ponitka 9 (1).

ANWIL: Dowe 14 (1), Simon 16 (3), Ledo 13 (1), Sokołowski 7 (1), Szewczyk 5 oraz Freimanis 15 (3), Sulima 4, Wadowski 5 (1), Piątek 0.

 
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.