Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dziś wszyscy jesteśmy myślami z Danielem, który pod koniec drugiej kwarty po ataku na kosz i zderzeniu z obrońcą padł na parkiet, wijąc się z bólu. Ciężko powiedzieć, czy poszło o pechowe lądowanie na jednej nodze, czy uraz wydarzył się chwilę wcześniej, już podczas manewru. Ból w każdym razie był potworny i nie do zniesienia - krzyki 26-letniego koszykarza słyszała cała hala, podobnie jak kibice przed teleodbiornikami (sprzyjały temu okoliczności: z powodu pandemii wypełniona była tylko część widowni).

Poważne złamanie? Zerwane ścięgno? To powiedzą dopiero badania. Rzecz była wstrząsająca. Oparty o kolegów koszykarz pokuśtykał do szatni z nogą bezwładną jak źdźbło trawy. Dla niego ten sezon najprawdopodobniej jest stracony. Wielki żal, tym bardziej że liczył na tak wiele. Podpisanie umowy ze Stelmetem było przecież dla rozgrywającego znaczącym krokiem w karierze. Trzymaj się, Daniel!

Ciężko nam skupić się na koszykówce, a co dopiero musiało dziać się w głowach pozostałych zawodników Stelmetu. Na pewno ta okropna sytuacja jakoś się na nich odbiła. Do przerwy wygrywali z wielkim Zenitem Saint Petersburg 37:36. I to na wyjeździe!

Pierwsze pięć minut było trudne, ale później z każdą minuty zaczęła odpłacać się praca u podstaw, zwłaszcza harówka w obronie, bo gospodarze zaczęli popełniać straty. Po 10 minutach mieli ich aż osiem. Stelmet wykorzystywał przynajmniej część tych posiadań. Najlepiej czuli się Iffe Lundberg i Marcel Ponitka. Gotowość do walki z potężnymi podkoszowymi rosyjskiego klubu od początku zgłosił też często obsługiwany piłkami Geoffrey Groselle (17 pkt, 6/12 z gry, 10 zbiórek). Środkowy grał tym razem duże minuty, bo braki Filipa Puta na tym poziomie wychodziły aż zbyt wyraźnie.

Do przerwy defensywa po obu stronach zdążyła jeszcze się zaostrzyć. Nam jednak udawało się dość sprawnie zatrzymywać silnych fizycznie graczy Zenitu, choć oczywiście kosztem podwojeń, na czym korzystali obwodowi, zwłaszcza świetnie wyszkolony technicznie rzucający Billy Baron (26 pkt, 6/7 za trzy, 5 asyst) oraz podobny profilowo KC Rivers (10 pkt, 2/4 za trzy).

Po zmianie stron gracze hiszpańskiego trenera Xaviego Pascuala częściej korzystają ze swych zdecydowanych przewag fizycznych. Wysocy stawiają sobie zasłony pod koszem, dostają piłki na drugim metrze, gdzie ciężko ich zatrzymać. Najczęściej na plecy biorą szczupłego Janisa Berzinsa i przestawiają Łotysza pod koszem. W tym fragmencie przebudził się były gracz NBA, prawdziwy byk - Alex Poythress (14 pkt, 5/6 z gry).

Mimo wszystko zielonogórzanom bardzo długo udawało się utrzymać zmobilizowany po pierwszej połowie Zenit na krótkim kontakcie. Dopiero na koniec trzeciej kwarty dwie straty popełnił Łukasz Koszarek, co rywale bezlitośnie zamienili na punkty. Po akcji 2 + 1 w kontrze Mateusza Ponitki (duma rozpiera, że Polak jest kapitanem euroligowego klubu!) Zenit prowadził 56:50. Takim rezultatem zakończyła się ta odsłona. Szkoda popełnionych strat. Po pierwszej kwarcie podopieczni Tabaka mieli ich tylko trzy. Przed ostatnią ćwiartką aż 15.

Co by nie mówić, to był mecz obrony. Obie drużyny oddały tylko po nieco ponad 20 rzutów zza łuku (mało jak na dzisiejsze standardy) i ponad 20 razy stawały na linii wolnych. Z tym że 61 proc. skuteczności w tym drugim aspekcie dumy Stelmetowi nie przynosi. To jeden z elementów, których zabrakło do osiągnięcia spektakularnego sukcesu, jakim byłoby pokonanie Zenitu. Trójka siedziała zielonogórzanom całkiem nieźle, ale mieliśmy duże problemy z atakowaniem obręczy. Na pewno ze swojego zadania pod tablicami wywiązał się Groselle.

Po trafieniach zza łuku kolejno Koszarka i Lundberga Stelmet na pięć minut przed końcem meczu wciąż był blisko, bo podszedł miejscowych na dwa punkty (68:66). To był jednak ostatni zryw. W następujących po nim minutach przyszedł czas grubo opłacanych nazwisk, które wzięły sprawy w swoje ręce. Te w ważnych momentach nie drżały. Wyszło doświadczenie, szeroki wachlarz umiejętności, obycie na światowych parkietach. Tym razem kończy się wynikiem 83:74 dla Zenitu. 

Kiedy spotkanie jest dla Stelmetu przegrane, a na zegarze zostaje jedna sekunda, trener Żan Tabak i tak woła o czas, by przećwiczyć ostatnią akcję. Coś więcej o charakterze trenera? Prędko taki się nie powtórzy.

BC ZENIT SANKT PETERSBURG  83:74  STELMET ENEA BC ZIELONA GÓRA

Kwarty: 19:21 | 17:16 | 20:13 | 27:24

ZENIT: Rivers 10 (2), Zacharow 7, Fridzon 2, Thomas 4, Poythress 14 oraz Ponitka 13 (1), Baron 26 (6), Gudaitis 4, Zubkow 0, Truszkin 3 (1), Wołkin 0.

STELMET: Lundberg 27 (3), Ponitka 11 (1), Williams 0, Reynolds 9 (3), Groselle 17 oraz Koszarek 5 (1), Berzins 4 (1), Put 0, Szymkiewicz 1.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.