Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wojciech Kozłowski, dyrektor zielonogórskiego BWA, niemieckie napisy zaczął dostrzegać, gdy miał kilkanaście lat. – Urodziłem się i wychowałem w Zielonej Górze. Nie znałem wtedy za dobrze historii miasta, ale coś tam wiedziałem. Z niewielu dostępnych źródeł miałem jakiś obraz tego, jak wyglądała Zielona Góra przed wojną – opowiada. – Wielokrotnie nachodził mnie wtedy sen, który powtarzał się też w kolejnych latach. Przenosiłem się w nim do Zielonej Góry sprzed lat. Miasta podobnego, ale jednocześnie innego. Ludzie na ulicach byli trochę dziwnie ubrani, mówili w obcym języku. Chodziłem wśród nich, mijałem domy, które z jednej strony znałem, ale z drugiej było w nich coś tajemniczego. W tych snach czułem się w jakimś sensie częścią tamtego świata – mówi.

W świecie rzeczywistym Kozłowski stara się zwracać uwagę na ślady Grünbergu. – Pozwalają poczuć delikatną więź z dawnymi czasami i ludźmi, których już nie ma. Takimi pamiątkami przeszłości są np. stare, często już rozwalające się szopy, włazy do studzienek, skrzynki na listy, zachowane w niektórych kamienicach kafelki, a nawet coraz rzadsze elementy wyposażenia z nazwą miasta. Również napisy – wylicza Wojciech Kozłowski.

Wojciech Kozłowski z psem Zdzisławem przy ul. CeglanejWojciech Kozłowski z psem Zdzisławem przy ul. Ceglanej Władysław Czulak / Agencja Gazeta

Struny na Wedlu

W Zielonej Górze niemieckie napisy wciąż widać na murach niektórych domów i kamienic. Dwa lata temu przed niemal detektywistycznym zadaniem stanęli Izabela Korniluk i Grzegorz Wanatko z działu historycznego Muzeum Ziemi Lubuskiej. Starali się rozszyfrować część takich napisów, reklam i szyldów. Porównywali je ze starymi zdjęciami i zaglądali do Adressbuchów, czyli przedwojennych ksiąg adresowych.

ZOBACZ TAKŻE: Ślady Grünbergu w Zielonej Górze. Jak dobrze znacie swoje miasto? [ZDJĘCIA]

– Widząc kilka liter można domyślić się całego wyrazu. Czasem na szyldzie znajdowało się nazwisko właściciela, co też ułatwiało sprawę – mówi dr Korniluk, szefowa działu.

W kilku przypadkach się udało. Wiadomo, że w kamienicy przy ul. Wandy mieszkał malarz Heinrich Seidel. Patrząc na napis na ścianie budynku, można rozszyfrować skrót od „Malermeister”. Niżej jest też podany numer telefonu - 677 (taki widnieje w książce adresowej).

Niemiecki napis przy ul. Wandy w Zielonej GórzeNiemiecki napis przy ul. Wandy w Zielonej Górze Szymon Płóciennik / Agencja Gazeta

Sklep muzyczny mieścił się w dzisiejszym Wedlu na rogu ul. Pod Filarami i Jedności. Ścianę frontową i boczną widać na starym zdjęciu. – Niestety, nie da się na nim dostrzec tyłu budynku, przy przesmyku prowadzącym wzdłuż murów miejskich. Tam pod tynkiem, który w kilku miejscach odpadł, zachował się spory szyld reklamowy. Musiał wyglądać bardzo oryginalnie, bo to białe napisy na czarnym tle. Wyróżniał się na tle innych reklam, gdzie dobór kolorów był raczej odwrotny. Chociaż z pozostałości po reklamie nie udało się odczytać zbyt wiele, rozszyfrowaliśmy jeden wyraz: struny – pokazuje Wanatko.

Niemiecki szyld reklamowy przy ul. JednościNiemiecki szyld reklamowy przy ul. Jedności Szymon Płóciennik / Agencja Gazeta

Zigarren, ale przez „c”

– Napisów w Zielonej Górze jest sporo, ale mam swoje ulubione. Jednym z nich jest świetnie zachowany szyld z ul. Ceglanej, który jest reklamą sklepu z towarami kolonialnymi, tytoniem i piwem. To miejsce o tyle ciekawe, że blisko pierwszego napisu od kilku lat widać też drugi, na którym widnieje nazwisko kolejnego właściciela sklepu – mówi historyk i regionalista Grzegorz Biszczanik.

Anna Dziadek, szefowa lubuskiego Towarzystwa Opieki nad Zabytkami: – Na ścianie przy ul. Ceglanej widać napis „Cigarren”, czyli cygara. Teraz w przygranicznych miastach powszechnie można spotkać słowo „Zigaretten" - papierosy. To dobry przykład, jak zmieniają się przyzwyczajenia - tłumaczy.

Przy ul. Ceglanej można również zobaczyć, jak zmieniał się język. Dziś słowo "Cigarren" zapisuje się przez "z" na początku. A sklepy kolonialne? Były elementem świata, którego już dawno nie ma.

Ślady innego świata można również dostrzec na placu Matejki, gdzie widnieje niemiecki napis „Schmiede”, czyli kuźnia. –  Część młodych ludzi może dzisiaj nawet nie wiedzieć, że kuźnia była miejscem, gdzie podkuwano konie – mówi winiarz z Łazu Krzysztof Fedorowicz, autor powieści „Grünberg”, w której opisał miasto sprzed stu lat. – Napisy to uniwersalne świadectwo zmieniającego się świata - tłumaczy.

Niemiecki napis na placu Matejki w Zielonej GórzeNiemiecki napis na placu Matejki w Zielonej Górze Szymon Płóciennik / Zielona Góra

Po zimie widać więcej

Kiedy w 1945 r. zmieniły się granice Polski, na masową skalę pozbywano się śladów po niemieckich mieszkańcach tych ziem. – Tam, gdzie to było możliwe, niemieckie napisy skuwano, gdzie indziej zamalowywano białą farbą, na którą nanoszono polskie nazwy. W innych sytuacjach tynkowano – mówi dr Grzegorz Biszczanik. – Tych ostatnich widać coraz więcej, szczególnie po zimie, kiedy tynk zaczyna odpadać – opowiada.

Powód, że wiele napisów zachowało się do dzisiaj, jest często prozaiczny. To słaba jakość powojennych materiałów. – Farby było mało i była gorszej jakości niż przed wojną. Dodatkowo niemieckie szyldy były zazwyczaj czarne, więc silna czarna farba przebijała się przez słabej jakości białą – tłumaczy historyk.

Izabela Korniluk wspomina niedawną rozmowę z mieszkańcem, który w czerwcu 1945 r. jako 19-latek przyjechał do Zielonej Góry. - Uczestniczył w akcji zamalowywania niemieckich napisów i nanoszenia polskich. Po pół roku dawne napisy i tak zaczęły wychodzić. Farby były kiepskie i chcąc nie chcąc, wciąż przebijały. Zamalowywanie trzeba było powtarzać - opowiada.

Koniaki w urzędzie

W Polsce można znaleźć przykłady napisów, które w ostatnich latach ocalono od zniszczenia. Stało się tak m.in. we Wrocławiu i Gliwicach.

Gliwice. Remontowana kamienica z odtworzonymi napisami w języku niemieckimGliwice. Remontowana kamienica z odtworzonymi napisami w języku niemieckim Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta / AGENCJA GAZETA

W Zielonej Górze duży napis reklamowy odkryto podczas prac w dawnej wytwórni koniaków Raetscha przy ul. Chrobrego. Został odrestaurowany i można go dziś zobaczyć we wnętrzu urzędu marszałkowskiego, który mieści się w tym budynku.

Kilka lat wcześniej odnowiono też niemieckie napisy przy nieużywanym już wejściu do dawnej szkoły przy ul. Długiej. Obecnie jest tam Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej.

Napis reklamowy dawnej wytwórni koniaków RaetschaNapis reklamowy dawnej wytwórni koniaków Raetscha Fot. Grzegorz Biszczanik

Na wyobraźnię działają napisy zachowane w miejscowościach, w których przeplatały się różne kultury i języki. W Warszawie można zobaczyć zarówno dawne napisy polskie, jak i rosyjskie. Wnętrze odnowionej w ub. roku warszawskiej Hali Koszyki zdobi odrestaurowany dwujęzyczny szyld reklamowy, który powstał jeszcze w czasach zaborów. Teraz przyciąga turystów. W mazowieckich miejscowościach ostały się jeszcze napisy w języku jidysz.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Znalezisko na Starym Mieście. Na ul. Olejnej napis z czasów carskiego Lublina

Wyremontowana Hala Koszyki w WarszawieWyremontowana Hala Koszyki w Warszawie Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Literołap z Torunia

Wyjątkowym miastem na mapie Polski jest Toruń. - Mogę postawić go za wzór, jak obchodzić się z dawnymi napisami. I wcale nie mówię tego dlatego, że tu mieszkam - uśmiecha się Kamil Snochowski, grafik komputerowy i pasjonat dawnych napisów. Na Facebooku prowadzi stronę „Literołap”, gdzie zamieszcza przykłady napisów z Torunia i całego kraju.

Snochowski szacuje, że na ścianach toruńskich domów i kamienic jest wciąż około 30 napisów, podobnie jak w Zielonej Górze. Są to niemieckie napisy sprzed 1918 r., czyli z czasów zaboru pruskiego, a także polskie, z dwudziestolecia międzywojennego. – Mówimy o tych, które w tej chwili widać. Trudno powiedzieć, ile wciąż jest pod tynkiem, bo one wciąż się pojawiają – tłumaczy.

Szyld w Toruniu odnowiony przez studentów UMKSzyld w Toruniu odnowiony przez studentów UMK Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta

Podobnie jak w innych miastach, w Toruniu przez lata nie dostrzegano w starych napisach potencjału zabytkowego. – One były, ludzie je widzieli, ale kiedy przychodził remont, naturalne wydawało się, że nowa elewacja przykryje ślady dawnego szyldu albo reklamy – opowiada pasjonat dawnego Torunia. – Traktowano je jako element czysto funkcjonalny, który z zasady miał istnieć tymczasowo, a więc nie widziano potrzeby, żeby go chronić. Mnóstwo napisów zniknęło wraz z pierwszą falą unijnych pieniędzy, kiedy odnowiono wiele przedwojennych domów. Znajomi miłośnicy historii pokazywali mi zdjęcia pięknych napisów, które znalazły się pod warstwą nowej farby – mówi Snochowski.

– Nad remontami nie czuwał konserwator zabytków? – pytam.

– Czuwał, ale on również zapewne nie myślał, że to coś, co zasługuje na pozostawienie. Naturalne wydawało mu się pewnie, że to element, który jest, a później znika – wyjaśnia pasjonat. – Nastawienie zaczęło się zmieniać w ostatnich kilku latach. To nie był jeden nagły moment, ale mieszkańcy zaczęli chyba dostrzegać, że w takim napisie kryje się coś więcej niż tylko zwykłe „Bäckerei”. To aspekt graficzny, historyczny. Można zobaczyć niespotykany już dzisiaj styl tworzenia reklamy, czasem różni się język, występują towary czy produkty, których dziś się już nie sprzedaje. Nie ma też przecież chociażby sklepów kolonialnych. To wszystko powoduje, że coraz więcej osób orientowało się, że taki detal może być zabytkiem, i nim w istocie jest – mówi.

Szyld w Toruniu przed i po konserwacji. Wykonali ją studenci UMKSzyld w Toruniu przed i po konserwacji. Wykonali ją studenci UMK Fot. Kamil Snochowski

Studenci z pędzlem

Od kilku lat w Toruniu odnawia się przedwojenne napisy. Nie wszystkie i nie wszędzie, ale jest kilka przykładów zachowania i konserwacji starych szyldów. W lecie studenci Wydziału Sztuk Pięknych toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika dopieszczają napisy w obrębie starego miasta. – Prace są prowadzone we współpracy z urzędnikami i są finansowane przez miasto. Co roku studenci odnawiają dwa napisy, w sumie konserwacji w ten sposób poddano już sześć albo osiem napisów i szyldów – mówi Kamil Snochowski. Zasada jest taka, że kiedy studenci wytypują napisy, które warto odnowić, zgodę na ich konserwację musi wydać właściciel budynku. Najczęściej tak się dzieje, chociaż były też przypadki odmowy.

Szyld odnowiony w Toruniu przez studentów UMKSzyld odnowiony w Toruniu przez studentów UMK Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta

Inna sytuacja dotyczy remontów całej fasady zabytkowych kamienic, współfinansowanych z budżetu miasta. – Warunkiem wzięcia udziału w projekcie jest zgoda właściciela na to, że ewentualny napis będzie odsłonięty. W tym wypadku nie chodzi o jego odnowienie, ale pozostawienie – tłumaczy torunianin. – W obu przypadkach intencją jest takie pozostawienie napisu, żeby było widać, że jest historyczny. Nie chodzi o tworzenie iluzji, że powstał w obecnych czasach – wyjaśnia Snochowski.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Odnowią zabytkowe napisy na murach w Poznaniu? Zobacz "Mleko", "śniadania"... [PRZED I PO]

Niemiecki napis w Toruniu zachowany podczas remontu kamienicy. Na górze - przed remontem, na dole - poNiemiecki napis w Toruniu zachowany podczas remontu kamienicy. Na górze - przed remontem, na dole - po Fot. Kamil Snochowski

Dlaczego twórca Literołapa w ogóle zaczął zwracać uwagę na napisy? – Najpierw pojawił się aspekt graficzny, oryginalne litery, czcionka. Później zacząłem się zagłębiać w historię ludzi, którzy mieli np. opisywaną przez szyld piekarnię – mówi.

Mniej nachalne, bardziej ujednolicone

Walory graficzne starych napisów i szyldów zauważa Wojciech Kozłowski. Czy przedwojenna Zielona Góra różniła się pod względem reklam od współczesnej? Wiele osób narzeka dzisiaj na wszechobecną i nachalną reklamę.

- Wtedy mieliśmy zdecydowanie większe ład i harmonię, pod tym względem nawet nie ma co porównywać. Obserwowaliśmy ujednolicenie formy reklamy zewnętrznej, a cechą charakterystyczną była dość ujednolicona czcionka. W efekcie w komunikacji mieliśmy prosty przekaz - ocenia dyrektor BWA. - Co prawda występowały już wtedy wielkopowierzchniowe reklamy, jednym z najbardziej znanych przykładów była reklama drukarni Paula Mohra na kamienicy przy ul. Żeromskiego, ale one aż tak nie zawłaszczały przestrzeni jak dzisiaj. Nie były tak nachalne i agresywne - mówi.

Grunberg, Niederthorstrasse, dziś ŻeromskiegoGrunberg, Niederthorstrasse, dziś Żeromskiego Arch. Muzeum Ziemi Lubuskiej

Kozłowski zwraca uwagę, żeby oglądając zachowane do dziś napisy, pamiętać o jednej rzeczy. - Zauważmy, że mówimy jedynie o przełomie XIX i XX w. oraz latach późniejszych, bo właśnie szyldy i reklamy z tego okresu znamy. Albo ze zdjęć i pocztówek, albo z autopsji, bo możemy je wciąż jeszcze oglądać na murach - mówi. - Wcześniej styl mógł być trochę inny, ale cały czas dość prosty. Nie było wtedy komputerów, czcionki drukarskie miały ograniczony zestaw znaków. Jeśli właściciel sklepu chciał mieć w szyldzie duże litery, nie miał zbyt dużego pola manewru, tak samo było z małymi. Stąd duża powtarzalność w stylu napisów - wyjaśnia.

Czy rzeczywiście reklama była przed wojną zdominowana przez czerń i biel? Kozłowski uważa, że niekoniecznie. - Panuje takie przekonanie, ale to nie do końca musi być prawda. Nasze wyobrażenie o przeszłości jest zdominowane przez czarno-białe zdjęcia, co czasem bywa bardzo mylące - tłumaczy dyrektor BWA.

Dawne reklamy wielkopowierzchniowe w Wąbrzeźnie w woj. kujawsko-pomorskim. Na zdjęciu jest Kamil Snochowski, pasjonat napisów z ToruniaDawne reklamy wielkopowierzchniowe w Wąbrzeźnie w woj. kujawsko-pomorskim. Na zdjęciu jest Kamil Snochowski, pasjonat napisów z Torunia Fot. Archiwum Kamila Snochowskiego

Bunt mieszkańców

Zdarza się, że odnowienie niemieckiego napisu wywołuje spore kontrowersje. Było tak w listopadzie 2016 r. w Świebodzinie, a krajowe media obiegły wtedy zdjęcia robotników, którzy zamalowują czarny szyld "C.H. Perlitz. Herren Garderobe und Masskonfektion" na jednej z kamienic blisko rynku. Napis powstał zaledwie kilka dni wcześniej, pod koniec remontu całego domu. Zanim rozpoczęły się prace, ślady starego szyldu reklamowego dostrzegła pracownica biura wojewódzkiej konserwator zabytków. – Napis najpierw zamalowano, a potem odtworzono zgodnie z zaleceniami, nie spodziewałam się, że wywoła to kontrowersje – mówiła konserwator zabytków dr Barbara Bielinis-Kopeć.

– Rzucał się w oczy i za bardzo raził. Nie wyglądał jak ślad przeszłości, bo najpierw oryginalny napis podczas remontu zamalowano, a potem przyszli robotnicy i czarną farbą nanieśli go na nowo – mówili mieszkańcy kamienicy. Napis ostatecznie zamalowano.

Kamil Snochowski jest zaskoczony, że konserwator zabytków nakazała rekonstrukcję napisu, a nie jego konserwację. – To całkiem zmienia postać rzeczy. Ludzie poczuli, że nie mają do czynienia z zachowaniem pamiątki z epoki, ale jej imitacją – ocenia.

Reakcja mieszkańców nie jest dla niego jednak czymś całkiem nowym. Przywołuje historię starszego torunianina, który dzwonił do redakcji jednej z gazet za każdym razem, kiedy w mieście był poruszany temat takich napisów. – Mówił o „hitlerowskich” napisach, które zaczęły "wyłazić" spod farby lub tynku. Oczywiście nie było tam żadnych nazistowskich treści, były to zwykłe szyldy po niemiecku – opowiada. – Kiedy w przestrzeni pojawiały się nowe napisy, potrafił nawet zadzwonić na policję z prośbą o interwencję. Być może uważał, że jest to propagowanie nazizmu i powinny interweniować służby – dodaje.

Napis w Toruniu po konserwacji przez studentów UMKNapis w Toruniu po konserwacji przez studentów UMK Fot. Kamil Snochowski

PRZECZYTAJ TAKŻE: Awantura o niemiecki napis "Postamt" przy gdańskim dworcu

W Świebodzinie zdarzyła się też odmienna sytuacja. Podczas prac na dworcu PKP w 2015 r. odkryto napis w przejściu podziemnym. Wskazywał podróżnym drogę do centrum miasta. Napis zauważył społecznik i dziennikarz Tomasz Domański. – Postanowiłem go uratować, bo to świadectwo historii. Nie było to proste, bo PKP odsyłało mnie do konserwatora zabytków, a konserwator zabytków do PKP. Tak, jakby każdy bał się podjąć decyzji w potencjalnie kontrowersyjnym temacie – mówi. W końcu Domański zwrócił się z prośbą o pomoc do ówczesnego wiceministra Waldemara Sługockiego. Napis zachowano i zabezpieczono. Można oglądać go do dziś.

Można jedynie zachęcać

Dr Barbara Bielinis-Kopeć tłumaczy, że nie może nakazać mieszkańcom zachowania dawnego napisu. – Mogę jedynie zachęcać do jego pozostawienia albo odnowienia, dać takie wytyczne konserwatorskie. Tak właśnie było w przypadku dawnej szkoły przy ul. Długiej w Zielonej Górze, a także ostatnio w Świebodzinie. W tym drugim przypadku mieszkańcy nalegali, żeby napis zamalować, więc się zgodziłam. Nie miałam podstaw, żeby nakazać jego pozostawienie – mówi Bielinis-Kopeć.

Zielonogórska konserwator zabytków Izabela Ciesielska zaleciła zachowanie napisu w dawnej wytwórni Raetscha. Tłumaczy jednak, że w przypadku remontów prywatnych domów mieszkańcy czasem nie chcą się zgodzić na zachowanie napisów. Wtedy jako konserwatorowi trudno znaleźć jej powód, żeby postanowić inaczej.

Co zostało po przedwojennej Polsce?

Anna Dziadek uważa, że napisy nie powinny być usuwane. – Czy to się wszystkim podoba czy nie, przypominają o historii tych ziem, a jej nie można wymazać – mówi. – Niemieckie napisy powinniśmy traktować tak samo, jak chcielibyśmy, żeby poza granicami Polski traktowano nasze – dodaje.

Diametralnie różne podejście do polskich śladów można zobaczyć w dwóch byłych miastach II Rzeczypospolitej, Wilnie i Lwowie. – Polskie ślady praktycznie nie zachowały się w Wilnie. Usuwano je już w czasach sowieckich, a także po upadku ZSRR i odzyskaniu przez Litwę niepodległości w 1991 r. Działania okazały się skuteczne, bo dzisiaj w Wilnie trudno o ślady polskości w przestrzeni publicznej – mówi historyk i dyrektor muzeum w Międzyrzeczu Andrzej Kirmiel. Jego zdaniem postawa Litwinów wynikała z tego, że jako naród czuli się niepewnie. – Niszcząc polskie pamiątki, chcieli się umocnić. To niewielkie państwo z dużą polską mniejszością, szczególnie w Wilnie i okolicach – tłumaczy.

Zupełnie inaczej jest na ulicach Lwowa. Polskie ślady w tym mieście opisuje autor bloga Kawiarniany. Na wielu prezentowanych przez niego zdjęciach można zobaczyć odtworzone napisy (ale nie tylko, są też m.in. włazy do studzienek) z II RP. W języku polskim, ale też m.in. w jidysz.

Andrzej Kirmiel mówi również o innych polskich śladach za granicą. – Wycieczkom, które jako przewodnik oprowadzam po Dreźnie, pokazuję zachowane tam polskie herby z XVIII w. Widać na nich litewską Pogoń, polskiego orła, a także koronę. Można zobaczyć je w wielu najbardziej reprezentacyjnych miejscach. Są też w całej Saksonii na słupach pocztowych, gdzie obok herbu widnieją odległości do najbliższych miejscowości – mówi. - Kiedy w PRL-u jako młody chłopak pojechałem po raz pierwszy do NRD, zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie - dodaje.

Herb Rzeczypospolitej na Kościele Dworskim w DreźnieHerb Rzeczypospolitej na Kościele Dworskim w Dreźnie Fot. Andreas Praefcke / Wikipedia

Radni: Warto ocalić

Za zachowaniem starych napisów opowiadają się radni. Jacek Budziński, nauczyciel historii i radny PiS, uważa, że o niemieckie napisy powinno się dbać. – Oczywiście, że warto, żeby pozostały na odnawianych kamienicach. To dziedzictwo historyczne, które powinniśmy zachować. Poza tym dodają atrakcyjności tym budynkom – tłumaczy. Popiera go Paweł Wysocki, radny prezydenckiego klubu.

– Bo dlaczego szyld z nazwą piekarni czy sklepu mięsnego mógłby być problemem? Mówimy o śladach po zwykłych ludziach, z którymi przecież nie wojowaliśmy. Tak samo mieszkamy w domach, w których wcześniej żyli Niemcy, korzystamy z infrastruktury, która po nich została. Nikt nie powie, że trzeba zburzyć ratusz, bo powstał za Niemca – mówi Wysocki.

Grunberg, Niederthorstrasse, dziś ŻeromskiegoGrunberg, Niederthorstrasse, dziś Żeromskiego Arch. Muzeum Ziemi Lubuskiej

Dr Grzegorz Biszczanik: – Warto je zachować, bo świadczą o historii, również budynków, na których się znajdują. Trzeba jednak odróżnić napisy neutralne, które np. były sklepowymi szyldami, od takich, które mogą wywołać niepotrzebne kontrowersje.

Wojciech Kozłowski: – O takie ślady przeszłości warto dbać. To mgliste cienie czasów, które już bezpowrotnie minęły, tajemnicze ślady historii. Jedyna nić, jaka często wiąże nas z tym innym światem, który był kiedyś, a który w jakiś sposób możemy starać się poczuć właśnie przez obcowanie z takimi elementami.

Zdaniem dyrektora BWA niemieckie napisy na ulicach Zielonej Góry są dowodem na to, że historii nie można wymazać. - Ona zawsze wychodzi na wierzch. Jak bardzo byśmy się starali o pewnych rzeczach zapomnieć, po jakimś czasie i tak da o sobie znać - mówi.

Napis przy ul. Grottgera w Zielonej GórzeNapis przy ul. Grottgera w Zielonej Górze Szymon Płóciennik / Agencja Gazeta

Jak patrzeć bez polityki?

Muzeum planuje zorganizować wystawę na temat śladów mieszkańców Grünbergu we współczesnej Zielonej Górze. – Pokazanie w muzeum to jedno, ale uważam, że zachowanie ich w przestrzeni byłoby czymś fantastycznym. Ówczesna ikonografia i szyldy były stylowe, odnowione napisy dodałyby kolorytu miastu. Podkreśliłyby jego historię – mówi dr Izabela Korniluk. – A ewentualne kontrowersje? Trochę trudno mi je zrozumieć – dodaje.

– Czasem za bardzo patrzymy przez pryzmat polityki. Wychowani w PRL-u, wydaje nam się, że coś może wywoływać spory, ale proszę popatrzeć na młodych. Dla nich taki napis to nic innego jak świadectwo dawnych czasów, fascynująca zagadka – ocenia Krzysztof Fedorowicz.

Niemiecki szyld na kamienicy przy ul. Wyspiańskiego w Zielonej GórzeNiemiecki szyld na kamienicy przy ul. Wyspiańskiego w Zielonej Górze Szymon Płóciennik / Agencja Gazeta

Historyk i prorektor Uniwersytetu Zielonogórskiego prof. Wojciech Strzyżewski w 2012 r. opowiadał w Wyborczej o stosunku zielonogórzan do dawnych mieszkańców tych ziem. - To zwykła ludzka ciekawość. Ludzie mówią: „Chcę wiedzieć więcej o miejscu, w którym mieszkam". Zadają sobie pytania: kto tu wcześniej mieszkał, dlaczego ten budynek wyglądał tak, a nie inaczej? Zmieniło się podejście do niemieckiej przeszłości miasta. Do niedawna niemieckie napisy były skuwane, bo świadczyły o niemieckości. Teraz trend się odwrócił. Wystarczy spojrzeć na szkołę przy ul. Długiej, dawną Gemeindeschule, gdzie dziś pięknie odrestaurowano napisy. Ludzie widzą stare, zatarte litery i zastanawiają się, kim był ten Müller czy Schmidt. Nawet kontakty z dawnymi mieszkańcami Zielonej Góry, których z przyczyn oczywistych jest już coraz mniej, powodują, że nie ma w nas agresji i niechęci. Dociekamy, jak było wtedy, gdy tu mieszkali – mówił profesor.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.