Długie tygodnie na zielonogórskiej ortopedii. Odnosiłam wrażenie, że są Bogowie i my pacjenci i ich zagubione i wystraszone rodziny. Czy ktoś się z nas burzył? Nie. Każdy skazany na leczenie tutaj zwyczajnie bał się, bo Bogowie nakrzyczą. A jeśli nawet, to komu mieliśmy się wykrzyczeć?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem pod wrażeniem artykułu w Waszej Gazecie (dostępny obok - red). Pani Krystyna Burakowska opisała w nim tragiczną przegraną walkę o życie swojej córki w zielonogórskim szpitalu. Bardziej była to jej walka z lekarzami, ich obojętnością, zwykłą znieczulicą, a może nieudolnością. Tak to odczytałam.

Do napisania tego listu skłaniają mnie moje doświadczania i obserwacje. Jakiś czas temu współpracowałam z zielonogórskim szpitalem. Znam wielu lekarzy i pielęgniarki.

Kiedy kilka lat temu gruchnęła wieść, że nasz szpital przejdzie rewolucje organizacyjną i stanie się Kliniką Uniwersytecką, byłam szczęśliwa i dumna. Naprawdę!

W pierwszym momencie pomyślałem, że w ramach uruchamianego wydziału lekarskiego na Uniwersytecie pani marszałek spowoduje, że do miasta sprowadzona zostanie kadra naukowa z prawdziwego zdarzenia, profesorowie w rożnych Akademii Medycznych. Wierzyłam, że wreszcie też nastąpi wyczekiwana zmiana na stanowiskach ordynatorów niektórych oddziałów i co najważniejsze poprawi się jakość leczenia i... być może kultura pracy z pacjentami.

Zaczęło się niespodziewanie. Na prezesa nowej Kliniki powołano człowieka, który jeszcze niedawno zarządzał armią tysięcy policjantów. Pomyślałam – ok. – to dobry ruch, „nowa miotła”, która zacznie od dyscypliny...

Minęło już trochę czasu. Mamy w Zielonej Górze Uniwersytecki Szpital Kliniczny. I co? I nic.

Czy poprawiła się jakość leczenia? Czy obecnie ufniej oddajemy się w ręce kadry medycznej? Czy mamy tych profesorów i czy zaszły jakieś zmiany... Takie prawdziwe i odczuwalne dla pacjentów? Bo przecież to im ma służyć ta placówka.

Nigdy, w razie choroby nie korzystałam z koligacji szpitalnych. Utopijnie myślałam, że płacę składki, więc jakie czekoladki, jakie koperty i powołanie się na znajomości?

W 2017 roku mój starszy syn uległ wypadkowi drogowemu. Liczne złamania, helikopter, klinika i długie tygodnie na zielonogórskiej ortopedii. I nawet nie mam pretensji, że kości zostały źle zespolone. Z wyrozumiałością przyjmowałam również tłumaczenia, że tak wyszło. Tłumaczyłam sobie, zdarza się.

Przez cały okres leczenia niemal codziennie odwiedzałam syna w szpitalu. Smarowałam odleżyny, karmiłam i załatwiałam wszystkie sprawy wokół niego. Kaczka, mycie... wiadomo. W ogóle mi nie przeszkadzało, kiedy pielęgniarka widząc mnie wchodzącą na oddział automatycznie dawała mi do ręki kaczkę ze słowami: niech idzie, bo syn ma sikać, a ja się nie rozerwę.

Nie komentowałam tego, brałam kaczkę. To w końcu mój syn. Takich i podobnych zachowań nie sposób opisać. Nie robiłam i nie robię z tego problemu. Dzisiaj jednak po przeczytaniu artykułu i wyczytanych żalach pani Burakowskiej nie mogę zrozumieć jednego, jako to jest, że przez cały ten okres, przez te kilkadziesiąt dni, kiedy odwiedzałam syna, nigdy nie zdarzyło się, aby personel medyczny był przyjaźnie nastawiony do pacjentów. Nie chodzi o mojego syna, ale stosunek do wszystkich pacjentów.

Codziennie na oddziale panowała nerwowa atmosfera. Codziennie wnerwieni lekarze, ich pohukiwania na pacjentów, kiedy ci pytali o powody bólu, opuchlizny, drętwienia, padało, a czego pan, pani chce? I jak się nie podoba, na siłę nie trzymamy. Kobiecie ze złamaną miednicą, gdy ta z płaczem dopytywała o powody narastających opuchnięć... to co, może odszkodowanie?!

Odnosiłam wrażenie, że są Bogowie i my pacjenci i ich zagubione i wystraszone rodziny. Czy ktoś się z nas burzył? Nie. Każdy skazany na leczenie tutaj zwyczajnie bał się, bo Bogowie nakrzyczą. A jeśli nawet, to komu mieliśmy się wykrzyczeć?

Najgorsze, że te wszechobecne pohukiwania do pacjentów udzieliły się pielęgniarkom, które czując oparcie w gburowatych lekarzach, nie ustępowały im i szczególnie po południu podczas dyżuru gdzieś znikały, bądź chowały się w swoim kantorku, nie reagując na wezwania. Dzwonki przywołujące? Jakiś żart. Żadnej reakcji. Jeśli już, to po jakimś czasie i zawsze kończyło się... i czego się piekli!? A pacjent chciał jedynie pomocy w toalecie.

Jak zakończyło się leczenie mojego syna? We Wrocławiu jedna z kości musiała zostać ponownie operacyjnie złamana i już dobrze złożona.

Nie wypowiadam się na nt. fachowości lekarzy, bo nie jestem fachowcem i nie ja od takich ocen. Pytam jedynie o to, czy w szpitalu na ortopedii znają słowo empatia? Pytam o powody tej znieczulicy. pytam nie bez znaczenia. Kiedyś lekarze zarabiali podle i być może słusznie narzekali. Nie do końca słusznie, ale częściowo można było usprawiedliwić ich nihilizm i mało empatyczne podejście do pacjenta, tym że zarabiali te „marne” 4-5 tys. z dyżurami. Ale obecnie, kiedy niemal wszyscy są na kontraktach i zarabiają średni 25 tys.?!

Co się musi wydarzyć, aby w naszej klinice, przynajmniej na tym oddziale, empatia była czymś naturalnym, czymś idącym w parze z kompetencjami i wiedzą lekarską?

Narzekam? Istotnie. Rozumiem i wiem, co odczuwała Pani Burakowska w kontakcie z chirurgiem... zmęczonym.

Na koniec jednak nuta optymizmu/ Mój wnuk urodził się jako wcześniak i trafił na Neonatologię, tej samej Kliniki. Inny świat! A to tylko inny budynek tego samego szpitala. Inni ludzie, inny personel, inne nastawienie do pacjenta, inna świadomość? A może po prostu wyższy poziom kultury i pracujący tam ludzie, którzy lubią swoja pracę i tak zwyczajnie... lubią innych ludzi.

Obawiam się, że nie jestem osamotniona w tej opinii.

*Imię i nazwisko autorki do wiadomości redakcji.

Pisz do Wyborczej

Wyborcza to Wy. Jeżeli są tematy ważne i ciekawe, którymi powinniśmy się zająć, prosimy o kontakt. Czekamy na Wasze listy, opinie i opowieści. Piszcie na adres e-mail: listy@zielona.agora.pl. tel. do redakcji 68 328 81 01

CZYTAJ TAKŻE: Zastawki sercowe nowej ery. Lekarze już je wszczepiają

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
To artykuł który powinien być przybijany codziennie na drzwiach Włodarzy miasta wojewody i ministra od znieczulicy (zdrowia). Są również lekarze których można polecać ale oni nie przerobią wszystkich chorych i te 70% trafia do tych co chyba pracują za karę.
już oceniałe(a)ś
11
1
Tak, ortpedię trzeba omijąć dalekim łukiem. Podejście do pacjenta, fachowość, itp. Czas się tam zatrzymał. Ale są inne odziały które są na przeciwnej stronie bieguna, np. neurochirurgia.
już oceniałe(a)ś
11
2
> przez te kilkadziesiąt dni, kiedy odwiedzałam syna, nigdy nie zdarzyło się, aby personel medyczny
> był przyjaźnie nastawiony do pacjentów

Mam takie samo doświadczenie z każdego szpitala, z którym miałem styczność (jako pacjent i jako odwiedzający). Dlatego nie mam żadnego zrozumienia przy kolejnych strajkach płacowych np. pielęgniarek, bo uważam, że to w przeważającej liczbie zwykłe zołzy...
już oceniałe(a)ś
8
1
Niestety ale taka jest prawda i tacy są lekarze na zielonogórskiej ortopedii, zresztą nie tylko, twierdzą że są przemęczeni, bogowie śmiechu warte, empatii nie ma i nie będzie, to akurat jest rzecz nie do nauczenia, albo ją masz albo nie, w tym akurat przypadku wszystko jest jasne. Pozdrawiam personel ortopedii i życzę wszystkim aby nigdy nie dostali się w ich łapki.
już oceniałe(a)ś
7
1
List w punkt. Czy tak ciężko być życzliwym? To chyba nic nie kosztuje. Lekarze - przypominam, że jesteście dla pacjentów, nie odwrotnie. Może warto przemyśleć ten artykuł i zrobić rachunek sumienia? Może warto postawić się czasem w sytuacji pacjentów? Może powinno się po prostu będąc w pracy wykonywać ją należycie i sumiennie?
już oceniałe(a)ś
7
1
Moja Mama też ostatnio musiała odwiedzić ortopedię. Po powrocie do domu ból narastał, noga puchła i usłyszała - tak ma być. Arogancja (części) lekarzy jest przerażająca. Pacjent wychodzi ze szpitala bez żadnych informacji jak ma dalej postępować. Niestety bez prywatnych wizyt lekarskich i prywatnie opłaconej rehabilitacji nie obyło się. Oby nigdy więcej nie trafić na ten oddział.
już oceniałe(a)ś
5
1
Wyjątek potwierdza regułę. Nie rozumiem tego, że pacjenci są niemili. Uważam, że w przeważającej większości są przemili, zbyt mili, bo nie chcą sobie zaszkodzić, przecież boją się o siebie. A do tego właśnie ta obawa o zdrowie może być poniekąd usprawiedliwieniem, czego nie ma w przypadku zakupów w sklepie
już oceniałe(a)ś
4
1
Ktoś z komentujących napisał, że miał szczęście bo jego żonę przyjęto na ortopedii akurat z życzliwością.... Szczęściarz !!! Tyle, że życzliwe podejście do pacjenta powinno być czymś naturalnym i powszechnym, a nie zdarzeniem wyjątkowym i o to chodzi !
Apel srogilusnia do pacjentów o rachunek sumienia ? czy my zawsze jesteśmy mili w kolejkach, w kontaktach np. z kasjerkami w supermarketach ? W liście mowa jest o generalnie złym nastawieniu na ortopedii do pacjenta. O wykorzystywaniu przez "Bogów" naszej sytuacji związanej z chorobą.... o wykorzystywaniu naszego położenia i i tej zależności. Kto podskoczy ?! Traktowaniu nas przedmiotowo. Opryskliwość, brak empatii ... niestety potwierdzam. Nie wiem, czemu tak jest i przyczyn doszukuję się w wychowaniu, no bo gdzie ? Na studiach przecież tego nie uczą. List tej kobiety jest strzałem w "10" i faktycznie powinien być tekstem, z którym obowiązkowo zapoznani powinni być wszyscy pracownicy ortopedii.
już oceniałe(a)ś
2
0