Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Informację jako pierwszy podał "Łącznik Zielonogórski", prezydencki tygodnik. W mieście wyznaczono już strefę zero. To okolice Trasy Północnej, Przylepu, Łężycy i ul. Batorego. Teren jest ogrodzony taśmami. Na miejscu pracują wojskowi technicy. Zbierają próbki szczeciny. Oceniają, czy na terenie występuje śmiertelny wirus ASF. I szykują wielką dezynsekcję. 

By przepłoszyć te groźne zwierzęta sprzed domostw, są także wystrzeliwane minirakiety. Te nie dość, że robią huk, który płoszy dziki, rozsiewają także zapach, który jest dla dzików bardzo nieprzyjemny, bo bardzo ostry ( tu publikujemy film czytelnika). Zwierzęta wynoszą się w głąb lasu. Tam mają zostać odstrzelone.

WŁADYSŁAW CZULAK


– Właściwie mamy je wtedy jak na widelcu – przyznaje Andrzej Brachmański, były wiceminister MSWiA w rządach SLD, na co dzień zaangażowany myśliwy.

Przypomnijmy, miesiąc temu Janusz Kubicki, prezydent Zielonej Góry, zdecydował, że dziki stanowią śmiertelne zagrożenie dla ludzi. Atakują, gryzą, rzucają się na małe dzieci (potrafią wyrwać z ręki wafelka). Nakazał wystrzelać 70 sztuk, kolejne 30 wyłapać i uśmiercić. Gdy wiadomo było, że myśliwi nie zdołają wybić zwierzyny, z propozycją pomocy przyszedł – jak zawsze – poseł Jerzy Materna (PiS). Wykorzystał swoje wpływy u ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka. A ten zgodził się wypożyczyć armatki wystrzeliwujące minirakiety. Miasto będzie mogło z nich korzystać do 15 kwietnia. Oczywiście za wszystko zapłaci MON.

WŁADYSŁAW CZULAK

Jak nieoficjalnie ustaliliśmy, wszystko zaczęło się w połowie lutego. Na konną przejażdżkę wybrał się Krzysztof Kaliszuk, wiceprezydent Zielonej Góry. W lesie, w okolicach Przylepu, wpadł na stado dzików, które uciekało przed nagonką.

- Koń się spłoszył, Kaliszuk spadł, a locha zadrapała go racicą. Po kilku dniach wiceprezydent dostał gorączki – mówi człowiek z magistratu. I przyznaje, że wszyscy się bardzo przerazili, choć powszechnie wiadomo, że wirus nie przenosi się na ludzi. – Oczywiście  ostatecznie nic mu nie było, jednak incydent przesądził o wydaniu wyroku na zwierzynę. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.