Gdy Sylwia wyszła ze szpitala, Monika czekała przy windzie. Zaglądnęła do wózka i rzuciła: "Pokaż mi tego potworka". Do Sylwii potrafiła krzyknąć "Ty kur...!"
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pani Marta wchodziła do bloku przed siódmą, dwie godziny przed wybuchem. W drzwiach spotkała Danutę i Monikę. Wyglądały, jakby wyjeżdżały na dłużej, obłożone torbami. Danuta rzuciła: „dzień dobry”. – Choć nigdy się nie witała pierwsza – mówi pani Marta. Zapamiętała twarz Danuty. Była jakaś inna.

W tym czasie, na drugim piętrze, w kawalerce Danuty ulatniał się gaz.

– Dlaczego pani to zrobiła? – spyta potem dziennikarka TVN24.

– Bo tak mi się chciało – odpowie Danuta.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wybuch gazu w wieżowcu w Zielonej Górze. Mieszkańcy ewakuowani.

Trzy minuty od śmierci

Pani Iwona pół godziny przed wybuchem przechodziła pod drzwiami feralnej kawalerki. Nie czuła gazu, choć jest przeczulona na jego punkcie.

– Niewiele dzieliło mnie od śmierci – przyznaje.

15-letniego Tomka dzieliły trzy minuty. Miał wyjść na wieczorny spacer z psem. Zjechać windą w dół siedem pięter. Ale chciał się trochę polenić na kanapie, przed spacerem zjeść jeszcze jedną czekoladkę. Gdy usłyszał wybuch, windy już nie było. Spadła w dół.

Kiedy mieszkanie Danuty i Moniki wybuchło, na TVN-ie lecieli „Milionerzy”. Ziemia zadrżała. Pojawił się ogień. Spalił to, co nie wyleciało razem z wielką płytą.

– To, że nikt nie zginął, to cud – nie dowierzają strażacy.

Rok 1975

Pani Jadwiga i pan Henryk z trzeciego piętra, małżeństwo przed siedemdziesiątką, pamiętają, że kiedy 40 lat temu sąsiedzi brali koc i rozkładali go przed blokiem, Danuta piknikowała razem z nimi. Znali się z Zinstalu, firmy, która zajmuje się spawalnictwem i instalacjami sanitarnymi. W 1975 r., kiedy powstał wieżowiec, wprowadziło się tam wielu jej pracowników. Pan Tomasz przez kilka lat był szefem Danuty w dziale zaopatrzenia. – Dobra pracownica – wspomina.

– Często przychodziła do mnie. Siedziała do „flagi”, bo wtedy tak kończyli emisję programów – mówi pani Iwona. Razem rozwiązywały krzyżówki, szydełkowały. Danuta miała zawsze w mieszkaniu posprzątane. Lubiła gotować. Jej specjalnością były małe rogaliki z dżemem.

Były też tematy tabu.

– Nigdy nie mówiła o ojcu Moniki. A ja nigdy nie pytałam – mówi pani Teresa. Kiedyś była jedną z najlepszych koleżanek Danuty.

Gdy Monika była malutka, mieszkała jakiś czas w Lubsku u babci, bo samotnej, pracującej matce było zbyt ciężko. Danuta poznała potem innego mężczyznę. Zawiodła się. Odszedł do sąsiadki z tego samego piętra. Razem z nią wyprowadził się z wieżowca.

Monika

Sąsiedzi mówią o Monice: zdolna, inteligentna, ale jakaś dziwna, inna. – Krótko ścięte włosy, nigdy nie nosiła sukienek. Codziennie biegała kilka rundek wokół osiedla – przyznają. Typ samotniczki. Matka raz jeden wyprawiła jej większe urodziny. Gdy znajomi z klasy bawili się w pokoju, Monika wolała siedzieć z Danutą na balkonie.

Po szkole wyjechała do Warszawy. Na studia i do pracy. Żonaty mężczyzna złamał jej serce. Podcięła sobie żyły, leczyła się psychiatrycznie. Gdy wróciła, zaczęły się problemy.

Wiktor z trzeciego piętra. – Odizolowały się od innych. Na początku przestały odpowiadać na dzień dobry. Później mało kto już im mówił. Ludzie nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego.

Kawalerkę przedzieliły na pół ścianką działową. W pokoju Moniki stał materac, stół i... filcowy koń na biegunach.

Walą w ścianę lub kaloryfer

Mieszkanie Sylwii i Ireneusza graniczy z kawalerką Danuty. Kiedy 15 lat temu wprowadzili się do mieszkania, matka i córka przyszły z ciastem. Sylwia i Ireneusz nie mogli ich przyjąć, bo spieszyli się na ważne spotkanie. Może to był błąd...

Problemy pojawiły się po narodzinach syna. Pokój dziecka sąsiadował z pokojem Moniki. – Wystarczyło, że syn lekko zapłakał, a one waliły w ścianę albo kaloryfer. Nawet, jeśli to był środek nocy – mówi Sylwia. Hałas niósł się przez cały pion. Dziecko zaczynało płakać jeszcze głośniej.

– Narzekały, że drzwi od korytarza trzaskają. Mąż dopasował framugę. „Pani Danuto, teraz jest lepiej”, zaprosił do środka i pokazał. Znalazły inny powód, żeby się awanturować, potem kolejne. Rozmowy przestały mieć sens – mówi Sylwia.

Potem urodziło się drugie dziecko. I było jeszcze gorzej...

„Pokaż mi tego potworka”

Córka Sylwii jest wcześniakiem, wymaga rehabilitacji, urodziła się w zaledwie szóstym miesiącu ciąży. Gdy Sylwia wyszła ze szpitala, Monika czekała przy windzie. Zaglądnęła do wózka i rzuciła: „Pokaż mi tego potworka”. Do Sylwii potrafiła krzyknąć „Ty kur…!”.

– Obie chciały nas zniszczyć. Na męża pisały skargi na policję. Chciały mu zaszkodzić, bo wiedziały, że jest ochroniarzem, musi mieć nieposzlakowaną opinię, inaczej straci pracę. A tylko on pracuje – tłumaczy Sylwia. Ma grubą teczkę z papierami. Sprawy w sądzie, umorzenia. Za hałas, za kłótnie, że chcą je otruć... Podobne pisma mają też inni sąsiedzi. Ich też P. pozywały i składały donosy.

Bo ktoś nie ogrzewał dobrze mieszkania, bo bawił się w sylwestra... Bo miał wannę pełną bimbru i produkował narkotyki.

Atrapa na antenie

Ireneusz na antenie satelitarnej na balkonie zamontował mały cyfrowy aparat. Widać go z balkonu Danuty. – To atrapa, ale chodziło o to, żeby wiedziały, że możemy je nagrać. I żeby przestały nas nękać – mówi Sylwia. Dodaje, że P. uderzały kijem w okno córki. – Potrafiły o każdej porze. O północy, kiedy córka spała, chciały ją obudzić – mówi. Kamera nie pomogła, uderzenia kijem w okno wciąż się zdarzały.

Danuta zabudowała balkon. – Nienawidziły dzieci, a parę metrów dalej było przedszkole. Duży plac zabaw – tłumaczy pani Marta.

Iwona z siódmego piętra: – Zarzucały sąsiadom, że chcą je otruć, że spryskują im balkon gazem. Kiedyś wezwały na ratunek straż pożarną.

Ugryzła w nogę

Jesienią ub. roku Ireneusz rozmawiał z policjantami. Dowiadywał się, jak można dokonać obywatelskiego zatrzymania. Bo Monika nie stawiała się na przesłuchania, nie przyjmowała policjantów. Zaczaił się w korytarzyku. Chciał obezwładnić kobietę, a później przekazać policji. Kiedy Monika weszła na klatkę, szybko otworzył drzwi. Rzucił się na kobietę, chwycił. To nie było proste. – Mocno się wyrywała, chciała uciec. Gryzła – opowiada pani Teresa. Sąsiad pokazał jej pogryzioną nogę. Zrobił obdukcję.

Po Monikę przyjechała policja i pogotowie. – Miesiąc mieliśmy spokój, bo odwieźli ją do szpitala psychiatrycznego – mówią sąsiedzi.

Kiedy wybuchł gaz, Sylwia nie miała wątpliwości, że to celowe działanie P. Wiele razy słyszała, że „im pokażą”.

Na ostatnim zebraniu wspólnoty Danuta powiedziała, że przepisze mieszkanie arabskim terrorystom, a oni zrobią z sąsiadami porządek.

– Wtedy się śmialiśmy – mówi.

Siedzą przy wizjerze

Sylwia bała się o dzieci. Bo Monika je obserwowała. Całymi dniami siedziała przy wizjerze. Bezszelestnie.

– Kiedy ktoś wchodził albo wychodził, Monika wychodziła z mieszkania z komórką w ręku. Nic nie mówiła, tylko nagrywała – opowiada. Potrafiła za ofiarą wyjść z bloku, przejść kilkadziesiąt metrów. – Bawimy się na placu zabaw, a wyżej, na górce, stoi Monika. I krzyczy: „Nagrywam was, że jesteście na Kaczym Dole!” – wspomina Sylwia. Myślała, żeby się wyprowadzić. Ale zostało aż 20 lat kredytu.

Kilka miesięcy temu Monika zaczaiła się na nią na korytarzu. Kiedy z córką wychodziła z windy, zobaczyła sąsiadkę z kołkiem w ręku. – Zamierzyła się na mnie, chciała uderzyć. Chwyciłam ją za rękę, szarpałam się. Udało mi się wejść do mieszkania – mówi Sylwia.

Dwa dni przed wybuchem Monika zamknęła Ireneusza w piwnicy. Chodziła po bloku w samych skarpetkach, nie było słychać, jak się skrada. Wpadł w jej zasadzkę.

Wojna o okna

15 lat temu w wieżowcu wyremontowano klatki schodowe, wymieniono okna na plastikowe. Szczelne. – Wtedy o te okna rozpętała się wojna stulecia – mówi Marta, sąsiadka z drugiego piętra. Monika chciała, żeby były ciągle otwarte, nawet podczas mrozów. Kiedyś wspomniała, że ma astmę, musi mieć czym oddychać. Na to nie godzili się sąsiedzi. Było im zimno. Rozpoczęła się zabawa w kotka i myszkę, która trwała aż do wybuchu.

– Za każdym razem, gdy ktoś zamknął okno, Monika je otwierała. Była wysportowana. Wchodziła na grzejnik na korytarzu, a wtedy mogła dosięgnąć do klamki. Miała też kijek, którym sobie pomagała przy otwieraniu. Potrafiła tak biegać z góry na dół, otwierając wszystkie okna w bloku – opowiada Marta.

53-latka otwierała też drzwi wejściowe do wieżowca. Z dwóch stron budynku. Podpierała je kamieniami, żeby się nie zamknęły. To rodziło kolejne konflikty. – W końcu nie po to mamy domofon, żeby drzwi były otwarte. Ludzie obawiali się złodziei – tłumaczy sąsiadka z drugiego piętra. Może z zemsty, że sąsiadom przeszkadzały otwarte drzwi, Monika zaczęła zatrzaskiwać je mieszkańcom przed nosem. Ktoś chciał wejść z dworu, a tu bach, widział zamykane z hukiem drzwi.

Monika w masce

Monika piekło urządzała sprzątaczce. Robiła dzikie awantury i składała donosy, że płyn do podłogi, którego używa, szkodzi jej zdrowiu. Czasem chodziła w maseczce. Wyglądała wtedy jak Michael Jackson.

Temat Danuty i Moniki był poruszany na każdym zebraniu wspólnoty. Sąsiedzi chcieli je eksmitować, zaczęli zbierali podpisy. Matka z córką wykupiły wtedy na własność miejskie mieszkanie.

Marta też się podpisała pod wnioskiem o eksmisję. Jednak przyznaje, że czasem sąsiedzi niepotrzebnie zaogniali konflikt.

– Wiadomo, jakie one były. A jeśli ktoś przy Monice powiedział „O, debilka”, to nic dziwnego, że wpadała w szał. To było do przewidzenia – mówi.

"To dobre dziecko"

Danuta zawsze broniła córki. Starsi sąsiedzi, którzy na początku próbowali z nią rozmawiać o zachowaniu Moniki, zderzali się ze ścianą. – To dobre dziecko – słyszała pani Iwona. A to było jeszcze wtedy, kiedy Monika była nastolatką. Szturchała młodsze dzieci, podstawiała nogę.

– Była pod silnym wpływem córki. Danka bardzo ją kochała. To była ślepa, matczyna miłość – mówi pani Jadwiga. Jedna z sąsiadek słyszała przez okno, jak córka strofuje matkę. Padły bluzgi, wyzwiska. Ślepą miłością tłumaczą to, co stało się z Danutą.

– Mówcie, co chcecie, ale mnie jest jej żal. Mieć 77 lat, ukrywać się w lesie, skończyć w więzieniu? – zamyśla się.

Mieszkańcy głowią się. – A co, jeśli one wrócą? I naprawdę wysadzą blok?

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    A ile jeszcze podobnych patologii jest na blokowiskach, i ilu bezsilnych ludzi teraz czeka na swoją kolej.
    już oceniałe(a)ś
    79
    1
    Jeśli to prawda, to mamy do czynienia z osobami chorymi psychicznie. I powstaje pytanie, dlaczego te osoby nie zostały w porę odizolowane od normalnych ludzi?
    @rwspe
    Bo nie mozna z nimi nic zrobic dopuki niestety kogos nie skrzywdza. 25 lat temu sasiadka 2 pietra nizej w wiezowcu chodzila z siekiera i wbijala w drzwi - najpierw dzwonek do drzwi a potem lup prosto w wizjer. Inne dzialania to szpilki w zamku, drzwi wysmarowane czym sie da, podpalanie wycieraczki. Wszyscy w pionie pod I nad jej mieszkaniem mieli taki cyrk. Policja byla bezradna bo na leczenie mozna bylo tylko ja wyslac jesli sie sama zgodzi lub jesli kogos skrzywdzi. Wspolczuje ludziom ktorzy byli wlascicielami mieszkan w tym pionie - mi po roku skonczyl sie wynajem przynajmniej...
    już oceniałe(a)ś
    37
    0
    Potworne. Wlasne mieszkanie jako miejsce przysparzajace najwiecej stresow i strachu. Koszmar.
    już oceniałe(a)ś
    48
    0
    Poprostu w Polsce nie można w żaden realny sposób wpłynąć na zachowanie takich ludzi. Każdy robi w swoim mieszkaniu co mu się tylko podoba kompletnie nie przejmując się sąsiadami.Glosne imprezy do białego rana, dzieci niepracujących mamusiek jeżdżące rowerkiem po podłodze bez dywanu do północy, palacze dymiący non stop z balkonów a smród wpada do sąsiednich mieszkan i nawet w upał nie można otworzyć okna. Taki materiał ludzki, niestety. Tutaj pokazano skrajny przypadek i tez sąsiedzi nic nie mogło zrobić. Poprostu wszyscy umywają ręce: policja, straż miejska, zarządca nieruchomości. Musi dojść do tragedii. Ta kobieta kiedyś wróci i dokończy dzieła bo wykupiła mieszkanie od miasta. I znowu wszyscy bezradnie rozłożą ręce. Państwo z tektury.
    już oceniałe(a)ś
    27
    1
    Zupełnie jak słynna rodzinka lekarki Małgorzaty K.
    już oceniałe(a)ś
    23
    0
    Szkoda że nie były sasiadkami policjanta , tego o którym było w TVN , prawie wsadził sąsiadkę do psyhiatryka .
    już oceniałe(a)ś
    19
    0
    żyjemy w krainie wolności, jak widać...
    wolnoć Tomku w swoim domku
    ciekawe jak to wgląda za miedzą, powiedzmy za Odrą/Nysą
    już oceniałe(a)ś
    16
    0
    Taki klimat, że tacy ludzie odkrywają karty. Słuchają tv i widzą, że wolno wszystko, nie ma już granic, tabu, wartości.
    już oceniałe(a)ś
    15
    1