Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przykro stwierdzić, ale Matczak w Zielonej Górze znów stracił tylko cenny czas. Kiedyś wielce utalentowany junior, lider młodzieżowej kadry U-17 i wicemistrz świata, już od nastoletniego wieku próbował przebić się do rotacji rodzimego klubu. Ale nie wychodziło. W 2013 r., po kolejnym sezonie oglądanym z ławki rezerwowych, postanowił odejść do Arki Gdynia. Relacje Matczaka z Januszem Jasińskim, właścicielem koszykarskiego Stelmetu, były wtedy tak złe, że ten ostatni odgrażał się, że drzwi dla wychowanka Zastalu są zamknięte już nieodwołalnie.

„Fifi” po wyjeździe z Zielonej Góry odżył, jak zwykle zresztą. W Gdynii spędził trzy i pół sezonu, gdzie w ostatnim z nich rzucał już rewelacyjne – 14,7 punktu na mecz, do których dokładał średnio 4,3 zbiórki, 3,2 asysty i 1,4 przechwytu. Jego dyspozycja była na tyle obiecująca, że Jasiński zamarzył, by wychowanka ściągnąć z powrotem do Stelmetu.

– Filip poszedł w świat, rozwinął skrzydła i uzyskał poziom gry, który wszyscy szanujemy i doceniamy – mówił trzy lata temu Jasiński, kiedy podpisywał trzyletnią umowę z Matczakiem. Razem z ówczesnym trenerem Arturem Gronkiem nie bali się twierdzić, że „Fifi” będzie filarem klubu na lata i ikoną dla młodych adeptów basketu.

Niestety, rzeczywistość opowiedziała scenariusz zgoła inny. Matczak dwa i pół sezonu w Zielonej Górze spędził na ławce. Największym zaufaniem cieszył się u Artura Gronka, który przez jakiś czas dawał mu nawet szansę gry w pierwszym składzie. Później minuty obrońcy topniały pod wodzą Andreja Urlepa, a już Igor Jovović miejsca dla niego nie widział w ogóle. Dlatego mniej więcej w połowie sezonu „Fifi” został wypożyczony do stołecznej Legii.

W Warszawie koszykarz dostał znaczącą rolę i duży kredyt zaufania. W 18 meczach dla Legii grał średnio aż ponad 26 minut na spotkanie, notując 12,7 punktu i 4,2 asysty.

I miło było go oglądać bez pewnego rodzaju blokady psychicznej (brak swobody, zaufania?), którą zawsze pokazywał, występując w Zielonej Górze. Momentami potrafił nawet ciągnąć na swoich barkach stołeczny zespół, choć wciąż jego achillesową piętą pozostaje rzut z dystansu (26 proc. w barwach Legii). Do tego w Zielonej Górze oduczył się trafiać z linii wolnych (od powrotu do Stelmetu nie przekroczył 65 proc., choć jeszcze jako gracz Arki rzucał celnie 75-80 proc. osobistych).

Matczak w Legii czuł się na tyle dobrze (i na tyle się w klubie spodobał), że postanowił na stałe odejść do stołecznej drużyny. Z powrotem w składzie chciał go Tane Spasev, szkoleniowiec legionistów. Wychowanek Zastalu kontrakt ze Stelmetem miał ważny jeszcze przez rok, ale ten został rozwiązany. Umowę z nowym klubem podpisał na najbliższy sezon, z możliwością przedłużenia na następny.

- Zdecydowałem się na grę w Legii. Byłem w Warszawie przez kilka miesięcy, zobaczyłem jak wszystko funkcjonuje w klubie od środka i bardzo mi się to spodobało. Czułem się dobrze w zespole, co ma dla mnie bardzo duże znacznie. Te kilka miesięcy dały mi obraz całego klubu, dlatego wiem na co się zdecydowałem podpisując kontrakt – mówi Matczak dla portalu Legia.net.

- Cieszę się, że zagramy w europejskich pucharach. Zaczniemy w eliminacjach do Ligi Mistrzów, alternatywą jest FIBA Europe Cup. To wyraźny znak, że Legia robi postępy, chce się rozwijać. Mogę być częścią tego projektu – dodaje.

Stelmet z budowaniem składu na nowy sezon wciąż jest głęboko w lesie. W składzie ma jedynie Łukasza Koszarka, Przemysława Zamojskiego, Joe'ego Thomassona, Juliana Jasińskiego i młodzieżowców – Kacpra Traczyka i Kacpra Mąkowskiego. Do nowych rozgrywek musi przystąpić z 12-osobową rotacją, w tym co najmniej z siedmioma zawodnikami z polskimi paszportami.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.