Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szpital Uniwersytecki w Zielonej Górze rozpoczął przygotowania do walki z koronawirusem w styczniu, tyle że już wtedy brakowało materiałów w hurtowniach medycznych. Lecznica zrobiła zapasy, ale mówiła, że nie są one ogromne. Po kilku tygodniach walki z koronawirusem po zapasach nie ma śladu. Nowe zakupy drenują budżet lecznicy, bo ceny materiałów ochronnych są kilkukrotnie, czasami nawet kilkunastokrotnie wyższe niż przed wybuchem epidemii. Do tego szpitale muszą kupować płacić za nie gotówką albo robić przedpłaty.

Lecznica otrzymała wsparcie od marszałek i rządu, ale zastrzyk postanowiła zainwestować w sprzęt ratujący życie, by leczyć ciężkie przypadki choroby COVID – 19. Szpital zamówił respiratory, sztuczne płuco-serca czy pompy. Zakupy przewyższyły ponad 2 mln zł.

Wielospecjalistyczny, największy w regionie szpital, dziennie przyjmuje kilkuset pacjentów. I choć odwołano planowane operacje, nadal pozostają pacjenci przyjmowani na SOR, w nagłych przypadkach. W Polsce zdarzyło się już, że lekarze, ratownicy ratowali osoby ranne w wypadku, które były zakażone wirusem.

– Bardzo często jesteśmy narażeni na bezpośredni kontakt z osobami, dlatego ważne jest, by byli dobrze zabezpieczeni. Ochrona zdrowia oraz szpital robią wszystko, co mogą, lecz sprzęt jednorazowy szybko się kończy i prawdopodobnie może go zabraknąć – tłumaczą lekarze zielonogórskiego SOR. Uruchomili społeczną zbiórkę. Każdy mieszkaniec może ich wesprzeć.

Zbiórka została założona w celu zakupu masek z filtrami FFP3 oraz sprzęt niezbędny do walki z wirusem dla personelu pracującego w SOR.  

Tu możesz pomóc! 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.