Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam 62 lata.

4 marca spotkałem się z córką, która na stałe mieszka w Berlinie. Dwa dni wcześniej wróciła z mężem z Turcji. Przywitaliśmy się przytulając, podając sobie ręce i całując w policzki. Przez 8 godzin naszego wspólnego bycia córka ciągle mocno kaszlała i wycierała nos w chusteczki.

Ja poczułem się źle 13 marca. Miałem objawy typowe dla grypy i koronawirusa plus ból w plecach i klatce piersiowej. W nocy z 15 na 16 marca tak bardzo źle się czułem, że o godz. 3 rano rozmawiałem z dziećmi przez telefon i wręcz się z nimi żegnałem. Jak widać, przedwcześnie.

16 i 17 marca dalej źle, choć nieco lepiej. Dzwoni syn i przekonuje, że to nie jest grypa, ale koronawirus, i żebym skontaktował się z lekarzem. Podaje numer 800 190 590, dzwonię - pani na infolinii mnie wysłuchała i podała trzy numery do lekarzy w moim miejscu zamieszkania.

Dzwonię na pierwszy z nich - praktyka lekarza rodzinnego, w czym pomóc? Opisuję stan zdrowia i objawy. Pani pyta, czy jestem ich pacjentem. Mówię, że nie. To spuściła mnie po bandzie, dodatkowo opierniczając, dlaczego dzwonię do nich.

Dzwonię na drugi numer - to samo, ale pani dodatkowo przeczytała mi ulotkę o postępowaniu w przypadku podejrzeń. Kolejny numer podany na infolinii również jest błędny, to też lekarze rodzinni.

Byłem przekonany, że tych lekarzy wytypowano do kontaktów z osobami, u których jest podejrzenie o koronawirus, ale nic bardziej mylnego. Po prostu podano mi numery z listy lekarzy prowadzących działalność.

Dzwonię do sanepidu - od nowa spowiedź, a najważniejsze, czy był kontakt z osobą z Niemiec lub Włoch. Potwierdzam: tak, była. A czy ta osoba jest zdiagnozowana i ma potwierdzenie, że jest nosicielem? Na obecną chwilę nie mam takiej wiedzy, mówię, ale córka nadal jest chora. No to się pan nie kwalifikuje do objęcia pana leczeniem, choć objawy mogłyby na to wskazywać. Zgodnie z wytycznymi i schematem postępowania z Ministerstwa Zdrowia, musi pan najpierw przeprowadzić rozmowę telefoniczną ze swoim lekarzem rodzinnym, jemu opisać dolegliwości, a on zdecyduje, co dalej, do widzenia. Do widzenia...

Dzwonię do swego lekarza rodzinnego i opisuję. Uznał, że to może być koronawirus, tak zapisał u siebie w dokumentacji i nakazał kontakt z nr. 112, gdzie według niego podejmą decyzję o przysłaniu do mnie karetki z ekipą odpowiednio przygotowaną do pobrania próbki na test. Myślę: jest dobrze.

Dzwonię na 112, opisuję operatorce objawy i decyzję lekarza, podaję swoje dane i jestem przełączony na wyjazdówkę służby zdrowia. Pani pyta szorstko, ja opisuję. I znowu najważniejsze kryterium - czy osoba, z którą się pan kontaktował, ma pozytywny test na obecność koronawirusa. Mówię, zgodnie z wiedzą, że nie wiem. No to się pan nie kwalifikuje, wysyłamy tylko tam, gdzie jest to poświadczone testami. I podaje mi numer do sanepidu. Podkreślam, że na podstawie wywiadu lekarz uznał, iż mogę być zarażony. Pani na to, że ona uznała inaczej, do widzenia, i w słuchawce zapadła cisza...

Dzwonię do sanepidu - jakie objawy? Opisuję... No tak, lekarz pana wprowadził w błąd, karetki nie są wysyłane do pacjentów po testy, pacjent ma się zgłosić do szpitala na oddział zakaźny i tam, jeśli uznają za konieczne, to wezmą próbkę, pan sobie tam poleży 1-2 dni i w zależności od wyniku albo będzie dalej leżał, albo pojedzie do domu. Tłumaczę, że mieszkam sam, więc lepiej podjechać do mnie, nie będę blokował łóżka innym, w poważniejszym stanie. Poza tym, jeśli jestem zdrowy, a poleżę między zarażonymi, to jeszcze ja się zarażę. No niestety, procedury na to nie pozwalają. Dziękuję, będziemy dzwonić i pytać, jak się pan czuje.

Cały dzień dzwonienia na coraz inne numery, niekończące się opisy, a wszystko załatwia negatywnie jedno pytanie - czy osoba, z którą miał pan kontakt, przeszła test na obecność wirusa!

Nie ma jak ruszyć ze zrobieniem testu, mimo zalecenia lekarza, bo "osoba, z którą się kontaktowałem, nie ma przeprowadzonego testu". I kropka. Błędne koło.

Pytam każdego rozmówcy telefonicznego: Czy ja mam być tym pierwszym i wyciągnąć kopyta, aby osoby, które się ze mną kontaktowały mogły być przebadane?. "No nie, aż tak radykalnie to nie. Ale życzę panu, aby nie znalazł się w tej 3-proc. grupie...". Od razu lepiej się poczułem.

Niech rząd nakaże noszenie opasek na ramieniu "Jestem zarażony" z numerem ID, to ułatwi sprawę przy zgłaszaniu, bo będę widział, czy blisko mnie była taka osoba czy nie, zapiszę jej numer ID.

A co będzie, gdy zarażę się, dotykając przedmioty, na których znajduje się wirus...?

W mojej miejscowości większość przychodni jest zamknięta, a lekarze rozmawiają z pacjentami przez telefon!

Wstyd mi za tych w garniturkach, co to opisują w TVP, jak jest cud malina!

Pytam tylko, czy marszałek Senatu, wiceminister, wojewoda, szef ochrony sanitarnej (przypadki z doniesień w mediach) też musieli przedstawić dowody na kontakt z osobą, u której zdiagnozowano wirusa? Wiem, że nie. Wystarczyło, że byli za granicą, przyjmowali kogoś z zagranicy lub źle się poczuli (wiceminister). I testy im zrobiono.

Moja konkluzja - tylko kłamiąc, że miało się kontakt z chorym, można być zbadanym. Powiesz prawdę - idź pan do domu, umyj ręce i cichutko siedź. A po miesiącu albo pan sam wyjdzie na dwór, albo po pana przyjedzie karawan. A karawanów jest dużo więcej niż karetek. I karawan jest dostępny całą dobę.

Piętnuje się tych, którzy chcąc się dostać do lekarza, zarażają i lekarza, i pacjentów w poczekalni, narażają na kwarantannę cały obiekt, bo nie uprzedzili o objawach i kontaktach. Ja zgodnie z prawdą powiedziałem i jedyne, co osiągnąłem, to stan świadomości, że nie ma tak pięknie, jak nam się wciska, aby tylko zdobyć sympatię i głosy na kolejną kadencję. Mała potwierdzona liczba zachorowań w Polsce wynika właśnie z takiego traktowania pacjenta z podejrzeniem - nie przyjmiemy, nie zrobimy testu, siedzieć w domu. Skoro nie będzie robionych testów, to licznik zarażonych nigdy nie drgnie, bo zarażony = poddany testowi. Niezbadany testem = zdrowy.

I już można się chwalić, że "liczba zarażonych w Polsce jest bardzo niska, co świadczy o skuteczności podjętych przez nasz rząd działań i sprawności służby zdrowia"?

Opisałem, jak to wszystko wygląda w rzeczywistości, a nie z bajań bajkopisarzy premiera czy ministra zdrowia (chyba, że opisują badania i masowe testy w Korei Południowej).

Nic nie podkoloryzowałem, nie zmieniłem, podałem wam same fakty.

Pozdrawiam i życzę zdrowia
Waldemar ze Szprotawy

PISZ DO WYBORCZEJ

Czekamy na Wasze listy - listy@zielona.agora.pl

CZYTAJ TAKŻE: Koronawirus. Lubuska marszałek kupi testy za 5 mln zł. Będzie można przebadać 72 tysiące mieszkańców

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.