Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jarosław Dowhan ma 51 lat, jest właścicielem sieci hurtowni papierosów. Pełni też mandat radnego powiatu żarskiego (woj. lubuskie) z ramienia Koalicji Obywatelskiej. „Wyborczej” zdecydował się opowiedzieć historię związaną z podejrzeniem u siebie koronawirusa. 

– Nie zliczę, ile razy w ciągu tych dwóch tygodni łapałem się za głowę. Służby były kompletnie nieprzygotowane – mówi Dowhan.

Powrót ze Stanów

Historia zaczyna się 15 marca, kiedy na lotnisku w Miami biznesmen wsiadł w samolot do domu. To był przyśpieszony powrót z powodu rozprzestrzeniającej się epidemii. Za kurs państwowym LOT-em zapłacił aż 6,2 tys. zł. - Normalnie bilet kosztuje 2 tys. zł w obie strony - wzdycha Dowhan. - To przykre, że LOT zdziera z ludzi kasę w takiej sytuacji.

Ale nie o tym chce opowiadać. Był w szoku, jak dziurawe są procedury zapobiegania rozsiewaniu się koronawirusa. – USA na tamten moment jeszcze lekceważyło zagrożenie, na lotnisku nie było widać jakiegoś wyjątkowego stanu. Sądziłem, że temperaturę pasażerom zmierzy obsługa polskiego samolotu, bo w kraju koronawirus rozprzestrzeniał się już prawie dwa tygodnie. I że jakoś rozsądnie rozsadzą ludzi w samolocie, żeby ci z gorączką, jakimiś objawami, siedzieli w bezpiecznej odległości od reszty. Miejsca było sporo. Że rozdadzą jakieś maseczki czy rękawiczki. Nic z tego. Ja akurat miałem swoje rękawiczki i maseczkę, bo przed wyjazdem dostałem od znajomych. W samolocie wypełniliśmy jedynie kwestionariusze i na tym się skończyło – opowiada Dowhan.

Przypomina sobie, że nawet obsługa samolotu nie była odpowiednio zabezpieczona. Niektórzy pracownicy mieli maseczki i rękawiczki, inni nie. Temperaturę pasażerom zmierzono po lądowaniu.

– Już mieliśmy opuścić pokład, gdy nagle zjawiła się straż graniczna i stwierdziła, że musi sprawdzić wszystkich jeszcze raz. Dwie osoby miały blisko 39 stopni gorączki, ale i tak normalnie puszczono je do domów. Wszyscy pasażerowie zostali zresztą wysłani na domową kwarantannę. Dostaliśmy ulotki z numerami do NFZ i sanepidu, spisano nasze adresy zamieszkania i tyle.

Kiedy zapytałem na lotnisku, czym mam się dostać do domu, pani odpowiedziała: „Pociągiem, autobusem. Nie wiem, czym pan chce”. Nie mogłem uwierzyć, że ludzi z podejrzeniem koronawirusa puszcza się ot tak. Jaka to kwarantanna?

Jeśli choć jedna osoba okazała się rzeczywiście chora, to po drodze do domu mogła zarazić dziesiątki ludzi. Na lotnisku powinni dostać chociaż maseczki i rękawiczki, a także zostać upomniani, by unikać bezpośrednich kontaktów. Tymczasem wszyscy wyszli z lotniska, tak jak stali – tłumaczy Dowhan.

Kwarantanna

Dowhan w Warszawie wynajął samochód, którym dostał się do Poznania. Tam wsiadł we własne auto (zostawił w Poznaniu przed wylotem do Stanów) i wrócił w rodzinne strony. Nie do domu, a do kawalerki, która akurat stała pusta, żeby nie narażać rodziny i dzieci. – Przez pierwszy tydzień nic się nie działo. Policja podjeżdżała pod dom, wychodziłem do drzwi, żeby im pomachać i tyle – opowiada.

Dopiero w następnym tygodniu zaczął czuć się źle. W nocy z poniedziałku na wtorek (23-24 marca) dostał 39-stopniowej gorączki. – Czułem się okropnie, nie miałem siły się podnieść, bolał mnie brzuch. Myślałem, że zejdę. Przestraszyłem się, że to rzeczywiście koronawirus – mówi Dowhan.

Rano sięgnął po rządową ulotkę i zaczął telefonować. Najpierw do miejscowego sanepidu w Żarach. – Opowiedziałem o wszystkim, a pani do mnie: „Ale co pan chce zrobić? Trzeba iść do lekarza, niech rodzinny coś zapisze”. No to tłumaczę jej, że przecież jestem w kwarantannie. Pani nie miała jednak na to żadnej rady. Olała mnie, krótko mówiąc. Zadzwoniłem do rodzinnego z pytaniem, co mam robić. Lekarz na to, żebym dzwonił do sanepidu. Mówię mu, co i jak, obiecał, że sam skontaktuje się z sanepidem i oddzwoni. Myślę sobie: niezły początek – wspomina Dowhan.

Sanepid polecił lekarzowi, by poszedł zbadać będącego w kwarantannie Dowhana do mieszkania. Ten jednak ostro zaprotestował. – I słusznie, bo ma pod sobą 4 tys. pacjentów. Narażanie takiej grupy ludzi byłoby głupotą – relacjonuje Dowhan.

Ostatecznie rodzinny przeprowadził wywiad przez telefon i wysłał Dowhana na oddział zakaźny. Skierowanie za wycieraczką auta zostawiła pielęgniarka.

Oddział zakaźny

Po otrzymaniu skierowania Dowhan wsiadł w auto i pojechał do szpitala w Zielonej Górze, gdzie działa jedyny oddział zakaźny w województwie (w czasie epidemii utworzono jeszcze kilka dodatkowych tzw. szpitali jednoimiennych, pełnią jednak funkcję wspomagającą).

– Na miejscu okazało się, że mam temperaturę 35,3 stopnia. Powiedzieli, że wezmą mnie na oddział, bo chcą zrobić USG i sprawdzić szmery w płucach. Po półgodzinie trafiłem do izolatki (poczekałem aż zbadają resztę kandydatów, żeby pani pielęgniarka nie musiała chodzić w tę i z powrotem, za każdym razem zmieniać kombinezon), gdzie ponownie zmierzono mi temperaturę. Spadła do nieco ponad 34 stopni. Dostałem kroplówkę, jakieś tabletki. To było pierwsze miejsce, gdzie poczułem, że koronawirusa traktuje się poważnie: zero wychodzenia z pokoju, pielęgniarki uprzedzające przed wejściem, żebym ubrał maseczkę, same zawsze dokładnie zabezpieczone – opowiada Dowhan.

Wymaz do badania na obecność koronawirusa zrobiono mu już w dniu przyjęcia. To był wtorek, 24 marca. Dwa dni później przyszedł wynik. Ujemny. Lekarz wypisał Dowhana do domu, wcześniej polecił skontaktować się z sanepidem odnośnie dalszych instrukcji.

– Zadzwoniłem. W czasie rozmowy wyszło, że do szpitala przyjechałem swoim samochodem. Pani do mnie: „Pan wie, że mógłby teraz zapłacić za to 30 tys. zł kary”. Przyznam się, że puściły mi nerwy. Nie miałem ochoty rozmawiać. Najpierw mnie olewają, zostawiają samego sobie, a później oczekują, że zwykły człowiek ma znać procedury. Po to chyba są specjaliści, żeby instruować ludzi – żali się Dowhan. Jednocześnie zapewnia: – Nie jestem z pierwszej łapanki. Kwarantannę wypełniłem sumiennie, przez dwa tygodnie chodząc dookoła pokoju. Syn przywoził mi zakupy i zostawiał pod drzwiami. Nie wychodziłem, z nikim się nie spotykałem i dostawałem już na głowę. Poza tym myślę, że gdyby policja mnie zatrzymała w drodze do szpitala, to tylko pokazałbym im skierowanie przez szybę i by mnie puścili. Wiedzą, co się dzieje - przekonuje.

Po wyjściu ze szpitala jeszcze do końca tygodnia nakazano mu kwarantannę. – Rozumiem środki ostrożności, ale nie rozumiem nierównego traktowania. Wicemarszałek Karczewski z kwarantanny został zwolniony natychmiast po odebraniu ujemnego wyniku testu. Siedziałem w domu i myślałem: Też tak chcę. Do PiS mam się zapisać? – mówi Dowhan.

Powrót do domu i trudnego biznesu

Gdy w niedzielę wybiła północ, był już gotowy do wyjścia. Zabrał swoje rzeczy i pojechał do domu, do rodziny. Dzieci nadmuchały balony, przygotowały rysunek powitalny. – Wspaniałe uczucie. Naprawdę dostawałem już na głowę w tym ciągłym zamknięciu – opowiada.

Po całej historii ma wiele przemyśleń, zauważa luki w działaniu systemu. – Jeśli sanepid i NFZ wszystkich traktuje jak mnie, to się nie dziwię, że w Polsce mamy tak mało przypadków zachorowań. Wielu Polaków wraca teraz zza granicy, ale nie są pozapisywani tutaj do lekarzy rodzinnych. Naprawdę zastanawia mnie, co oni robią w takiej sytuacji. Bez rodzinnego nigdy na oddział bym nie trafił. Musiałem to sobie wywalczyć. Co z tymi, którzy mają tylko lekkie objawy albo nie mają ich w ogóle? Roznoszą wirusa, nawet o tym nie wiedząc – przypuszcza Dowhan.

Jeszcze podczas pobytu w Stanach nie mógł dodzwonić się na podane przez rząd infolinie. Ustawiał wybieranie automatyczne, ale po ośmiu godzinach wciąż nie mógł się dodzwonić.

– W ogóle epidemia przerasta nasze państwo. Robimy bardzo mało testów, zmarłym wpisujemy jako powód śmierci choroby współistniejące. W jednym z lubuskich komisariatów dziewczyna wróciła z Austrii. Ze wszystkimi miała jakiś tam kontakt, jak to w pracy, ale tylko połowę załogi skierowano na kwarantannę, bo nie miałby kto pracować. Tak to wygląda w praktyce. Nie oglądam „Wiadomości”, bo nie dowierzam w kolorowy obraz sytuacji, jaki się tam przedstawia. Rząd robi co chwilę konferencje prasowe, a nie potrafi przygotować prostej instrukcji, co ma robić człowiek, który podejrzewa u siebie koronawirusa. Moja historia jest tego przykładem – tłumaczy Dowhan.

– Minister powinien przyjechać na oddział i zobaczyć, co tu się dzieje - ciągnie biznesmen. - Pielęgniarki są tak wystraszone, że noszą po dwie pary rękawiczek. Mają ciężko, na swoich osiedlach traktowane są jak trędowate. Jak wchodzą do sklepu, to wszyscy uciekają. Ludzie sami szyją maseczki, produkują przyłbice. Szlag mnie trafia, jak myślę o tych 2 mld zł przekazanych przez rząd na media publiczne. WOŚP od początku istnienia tyle nie zebrał, żeby ratować polską służbę zdrowia – mówi.

Jako przedsiębiorca Dowhan przyznaje, że nie liczy na pomoc państwa. – Bo jak mają mi pomóc? Odroczyć ZUS? Śmiech na sali. Obroty firmy spadły o dwie trzecie, ale nikogo zwalniać nie będę. U mnie ludzie pracują po 20 lat, jesteśmy na dobre i złe. Ja im pomogę i wiem, że w trudnej sytuacji oni zrobią dla mnie to samo. Nie będę liczył, że rząd coś mi da. Nawet jak da, to później i tak ze mnie ściągnie. Jak nie w tym roku, to w następnym – twierdzi Dowhan.

CZYTAJ TAKŻE: Koronawirus. Marszałek zamówiła sprzęt z Chin dla lubuskich szpitali. Przylecą samolotami bezpośrednio do Polski

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.