Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcesz dostawać e-mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Zielonej Góry? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Paczka z 6 tys. testów wartych ponad milion zł dotarła do lecznicy w piątek, 24 kwietnia. Ich kupno sfinansowała lubuska marszałek Elżbieta Polak za pieniądze unijne. - Przez pierwsze trzy dni wykonaliśmy testy 43 pacjentom hospitalizowanym w naszym szpitalu. Wszystkie okazały się negatywne! - informuje Aleksandra Frydrych, kierownik zakładu diagnostyki laboratoryjnej szpital w Zielonej Górze. 

Do wykonania testów wykorzystuje się aparat GeneXpert Real Time PCR. Został kupiony za 200 tys. zł przez lubuską marszałek w ub.r. i służył w walce z wirusem New Delhi.

– To system do szybkiej genetycznej identyfikacji patogenów alarmowych – tłumaczyła „Wyborczej” Sylwia Malcher Nowak, rzeczniczka szpitala. I dodawała, że do tej pory na wynik trzeba było czekać co najmniej dwie doby.

Gdy w marcu 2020 r. wybuchła epidemia koronawirusa, a szpital przyjął pierwszego zakażonego pacjenta w Polsce, lekarze także posiłkowali się sprytnym urządzeniem. I choć nie było na rynku odpowiednich matryc, które mogłyby potwierdzić zakażenie szczepem SARS-CoV-2, można było np. ustalić, że pacjent choruje na klasyczną grypę.

Testy produkuje amerykańska firma Cepheid, która stworzyła także sam aparat. Jeden kosztuje 200 zł. Zautomatyzowany test molekularny wykrywa sam wirus SARS-CoV-2, a nie np. jego przeciwciała. Test zapewnia szybkie wykrycie wirusa, bo w ok. 45 minut. Mniej niż kwadrans zabiera przygotowanie samej próbki. I co najważniejsze, test może wykryć zakażenie, gdy pacjent nie ma jeszcze objawów. Zgodę na zakup testów wydali konsultanci wojewódzcy ds. chorób zakaźnych i ds. mikrobiologii lekarskiej.

- Urządzenie jest czterostanowiskowe, dzięki czemu w ciągu doby możemy wykonać 70-80 badań - pisze szpital na swojej stronie.

Szpitale same wybierają testy

Testy molekularne pozwalają analizować zawartość kwasów nukleinowych. Wykonuje się je nie tylko przy identyfikacji patogenów chorobotwórczych, ale również m.in. w przypadku diagnozowania chorób genetycznych i badaniu podłoża chorób nowotworowych. Czułość takich testów wynosi ponad 99 proc. Są jednak dość drogie. A szpitale już na początku walki z koronawirusem były wydrenowane przez zakupy materiałów ochronnych, gogli, skafandrów czy masek dla lekarzy i pielęgniarek. Z pomocą przyszła lubuska marszałek. Pierwsza w Polsce przesunęła pieniądze z programów unijnych.

– Skoro od lat prowadzimy programy przesiewowe, by wykryć nowotwory we wczesnym stadium, np. jądra, jelita grubego, dlaczego w tak kryzysowej sytuacji nie mielibyśmy uruchomić programu, który na szeroką skalę zacznie badać osoby podejrzane o zakażenie koronawirusem? Zapytaliśmy o to Unię Europejską i dostaliśmy zielone światło – tłumaczyła Elżbieta Polak, marszałek woj. lubuskiego. Na początek na zakup testów marszałek przeznaczyła 5 mln zł. By doposażyć i wykonać niezbędne remonty w laboratoriach szpitalnych, także w Gorzowie, trzeba było wydać kolejne 1,5 mln zł. Tym razem pieniądze wzięto z rezerwy kryzysowej woj. lubuskiego.

Szpital chce wprowadzić drugi, tańszy system. Niestety nie jest tak ekspresowy.

CZYTAJ TEŻ: Człowiek tygodnia. Marszałek, która pomaga i ma najmniejszą liczbę zakażeń, a wojewoda z PiS ją wyśmiewa

CZYTAJ TEŻ: Koronawirus. Nie pomogły protesty na granicy, rząd przedłuża obowiązek kwarantanny "do odwołania"

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.