Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Argument jest tyleż absurdalny, co - w jakiś sposób, przy założeniu pewnej tolerancji - jednak zrozumiały. Skoro przeciętny Kowalski nie wierzy żadnym mediom, żadnym autorytetom naukowym ani lekarzom, to jak ma uwierzyć w szalejącą epidemię koronawirusa? Wokół niego przecież nikt nie choruje. W tym przypadku "nikt" to oczywiście ktoś z rodziny lub znajomych. Bo taki aktor, polityk, samorządowiec czy sportowiec, to nie bój się - tylko czeka, żeby się sprzedać korporacjom za ciężką kasę. Oczywiście ironizujemy. Już sama myśl o zmowie wszystkich państw i medyków na świecie jest ciężką zbrodnią na logice. Pomogłyby pewnie edukacyjne spacery po oddziałach zakaźnych, ale z oczywistych względów to niemożliwe.

Zachęcamy was do udział w ankiecie. Sprawdźmy wspólnie, jak wielu z nas zna przypadki zakażeń koronawirusem wśród swojej rodziny i znajomych. Jesteśmy szalenie ciekawi wyniku, ale ostrzegamy, zwłaszcza ewentualnych koronasceptyków: nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Skoro w 38-milionowym kraju odnotowano 200 tys. zakażeń (a nawet zakładając, że realnie ta liczba jest dużo wyższa), to trudno, by każdy znał osobiście kogoś, kto złapał wirusa. Zwłaszcza tyczy się to Lubuskiego, gdzie odsetek chorych jest jednym z najniższych w kraju.

ZOBACZ TEŻ: Zielonogórzanie manifestowali przeciwko "fałszywej pandemii". Twierdzą, że to spisek, a koronawirus jest niegroźny

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.