Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcesz dostawać mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Zielonej Góry? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Publikujemy komentarz Iwony Hylewskiej, behawiorystki zatrudnionej w schronisku dla zwierząt w Zielonej Górze. Pani Iwona jest związana ze schroniskiem przy ul. Szwajcarskiej od 2,5 roku, a jako behawiorystka pracuje tam od roku. Zajmuje się też m.in. adopcjami.

Wpis Iwony Hylewskiej ukazał się w grupie "Przyjaciele zwierząt ze schroniska w Zielonej Górze" na Facebooku. Publikujemy go za zgodą autorki. Komentarz odnosi się do obecnej sytuacji schroniska i Stowarzyszenia Inicjatywa dla Zwierząt, które je prowadzi. Więcej o sprawie pisaliśmy w tekście: Prowadzący schronisko dla zwierząt mają dość, skarżą się na znieczulicę w urzędzie miasta.

WŁADYSŁAW CZULAK

Komentarz Iwony Hylewskiej

A co, jeśli prowadzenie schroniska faktycznie przejmie miasto? Ostatnio często myślę o takim scenariuszu.

Z pewnością obserwujecie ostatnie wydarzenia...

Stowarzyszenie Inicjatywa dla Zwierząt (z przeróżnych źródeł) średnio miesięcznie dokłada 100 tys. zł do utrzymania schroniska, podczas gdy miasto przeznacza na to około 60 tys.

Obecnie odbywa się kolejny konkurs na prowadzenie schroniska przez najbliższe trzy lata. Przedstawiciele stowarzyszenia, w odpowiedzi na błagania o zwiększenie dotacji miasta, usłyszeli od urzędników: "Jak się nie podoba, to sami poprowadzimy schronisko za 60 tys. zł miesięcznie".

Co oznacza 60 tys. zł. miesięcznie przeznaczone dla schroniska?

Między innymi:

- zwolnienie większości pracowników. Już nie będzie sprzątania boksów dwa razy dziennie, tylko co któryś dzień, więc zwierzęta będą mieszkać wśród swoich odchodów. Nie wyobrażam sobie, kto wyprowadzi te wszystkie schorowane zwierzęta ze szpitalika, kto je wykąpie, gdy będzie taka potrzeba, kto będzie smarował rany, podawał tabletki. Nie będzie już trójki techników weterynaryjnych i weterynarza na etat, nie będzie mnie - behawiorysty.

- zwierzęta raczej nie będą karmione dwa razy dziennie, jak dotychczas, bo skąd na to pieniążki i kto miałby je nakarmić? A skąd na karmę specjalistyczną, tak cholernie drogą? A na leki, które kosztują niekiedy krocie?

- nie wyobrażam sobie, by miasto dokładało do kosztownych operacji zwierząt... A potrafimy wieźć chorego zwierzaka daleko, by zrobić mu operację kręgosłupa kosztującą przykładowo 6 tys. zł. Opieka zdrowotna będzie raczej w wersji podstawowej... Zaszczepić... Odrobaczyć... bo skąd pieniążki na więcej?

- nie będzie kontynuacji świadomych adopcji... bo skoro nie będzie behawiorysty i wywiadu przedadopcyjnego, to kto miałby robić te spotkania zapoznawcze, kto ma weryfikować, czy dany psiak pasuje do danej rodziny? Zwierzęta będą wydawane każdemu, kto po nie przyjdzie.

- nie będzie wszystkich naszych imprez dla zwierząt, nie będzie zbiórek, dogtrekkingu, akcji "Psu na budę", bazarku dla schroniska, kalendarzy...

A co, jeśli miasto zamknie bramę wolontariuszom, bo będą przychodzić, patrzeć na skandalicznie pogorszone warunki życia zwierząt i robić ferment? A po co wpuszczać kogoś, kto głośno mówi o nieprawidłowościach? Przed czasami Inicjatywy dla Zwierząt bramy schroniska były zamknięte dla wolontariuszy, zwierzęta nie wychodziły na spacery... I może ja czarnowidzenie uprawiam, ale boję się powrotu do tych czasów.

Słowem: jeśli miasto przejmie prowadzenie schroniska i przeznaczy na nie 60 tys. zł. miesięcznie - zabraknie NAS, zabraknie ludzi tworzących to miejsce.

Może ktoś powie: lecz wolontariusze zostaną, więc nie będzie tak źle. Owszem, wolontariusze są perłą tego miejsca, są jego superbohaterami, ale wolontariusze mają swoje prace, swoje rodziny. Jeśli są w schronisku na weekend, to i tak poświęcają prawie cały swój wolny czas, jednak nie zastąpią pracowników, którzy są tam na pełne etaty, są po minimum osiem godzin dziennie przy zwierzętach, sprzątają im, karmią, pielęgnują, leczą... I tego za chwilę może zabraknąć. Tego oraz pieniędzy na żywienie i leczenie według standardu, który jest obecnie.

Lata ciężkiej pracy nad tym, by z tego sypiącego się, przestarzałego schroniska uczynić miejsce, w którym zwierzęta będą czuły się bezpieczne, w którym będą zaopiekowane i dzięki któremu będą miały szansę na dom, dobry dom, a nie kolejne piekło... I te lata pracy nad tym za chwilę mogą przestać cokolwiek znaczyć i powrócimy do czasów sprzed dziesięciu lat.

I może ktoś napisze, że przesadzam, ale mi ta myśli nie daje spać w nocy. Bo najczarniejsze scenariusze czasem się spełniają, a w Polsce jest masa schronisk - mordowni, które wciąż funkcjonują, i których zarządcy zdają się śmiać w twarz przedstawicielom organizacji ochrony zwierząt.

Podczas gdy w innych dużych miastach powstają piękne schroniska, miliony są pompowane w ich modernizację, podejmuje się starania, by jakość życia bezdomnych zwierząt była coraz lepsza, wdraża się ciekawe programy, inwestuje w innowację... W Zielonej Górze walczymy o to, by nasze zwierzęta miały co jeść i by mogły być leczone, a to wszystko w sypiącym się schronisku z lat 60., w którym nie nadążamy z łataniem dziur...

Ale jak się nie podoba, to nara. Nie tak się traktuje superbohaterów, nie tak się traktuje zwierzęta.

Wstydź się Zielona Góro, wstydźcie się urzędnicy odpowiedzialni za taką sytuację.

CZYTAJ TAKŻE: Wielka Zielona Góra szuka małego miejsca dla bezdomnego psa

CZYTAJ TAKŻE: Prowadzący schronisko dla zwierząt mają dość, skarżą się na znieczulicę w urzędzie miasta

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.