Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Publikujemy wpis, którego autorką jest Agnieszka Chyrc, działaczka Instytutu Równości. Zielonogórzanka opublikowała go na Facebooku. Opisuje w nim swoje doświadczenia z zabawy na Górce Tatrzańskiej, najpopularniejszym miejscu zimowych zabaw w mieście. 

Chcesz dostawać e-mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Zielonej Góry? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Z przykrością muszę stwierdzić, że społeczeństwo nam głupieje... Tak, coraz większy odsetek ludzi pozbawiony jest rozsądku, trzeźwego myślenia, umiejętności oceniania sytuacji, umiejętności współpracy i empatii... Co się z ludźmi stało?

Ciesząc się ze śniegu i możliwości innego spędzenia czasu, poszliśmy na sławną zielonogórską Tatrzańską. To, co się tam wydarzyło, to szczyt kretyńskich zachowań ludzi...

Fot. Władysław Czulak / Agencja Gazeta

Po pierwsze, tłum ludzi, a maski trzy (ja, mąż i syn). Po drugie, dzieci w wielu  od 4 do 7 lat zjeżdżały bez kontroli rodziców (ci stali z boku i ucinali sobie beztroskie pogawędki), dzieci, dzieciaczki małe wchodzą pod zjeżdżających, rozpędzonych sankowiczów, co realnie grozi śmiercią... Bo górka stroma, prędkości zawrotne i wszystko oblodzone... Mądrzy rodzice puszczają z góry same dzieci i drą się na wszystkich, bo ich pociecha jedzie z tak wielkiej górki, nie potrafiąc sterować sankami... Co mniejsi lub leniwsi wtryniali się w połowie góry i zjeżdżali od połowy bez pardonu, wcinając się bezpośrednio komuś pod sanki... A rodzice mają wszystko w nosie i stoją albo na górze, albo na dole, pochłonięci rozmowami z napotkanymi rodzicami innych dzieci...

Syn potrafiący precyzyjnie kierować sankami przy pierwszym zjeździe musiał ominąć wyskakujące dziecko, które samo, bez zerknięcia choćby, czy ktoś jedzie, weszło mu w połowie stoku, a ojciec opieprzył młodego, bo "uważaj, jak jedziesz". Przy drugim zjeździe w duecie z mężem czekali kilka dobrych minut, by wyczuć bezpieczny moment. Zjechali, cudem unikając zderzenia z dziewczynką, która postanowiła wchodzić środkiem... A gdy się zatrzymali, na dole wjechał im w plecy rozpędzony tata z małym dzieckiem i jeszcze z krzykiem wyskoczył do moich chłopaków, by, tu cytuję: "Spier..., bo on jedzie".

W tym momencie postanowiłam, że to nie miejsce dla nas... Ale by dziecku przykro nie było, oświadczyłam, że zjedzie ostatni raz i idziemy na spacer.... I zjechali, we dwoje, ostatni raz... Niestety, ten ostatni już nie skończył się tak dobrze, bo tym razem bezmyślnie (mówię o rodzicach) wtargnęło im w trakcie dwoje dzieci. Mąż wiedział, że jak nie skręci, to zabije dzieciaki... Musiał podjąć decyzję: dziura, dzieci czy drzewo.... Wybrał dziurę i nawet to przetrwali, ale już prawie na dole kolejny rodzic zachęcał, by jego pociecha wchodziła środkiem. Tu znów zrobili unik, lecz wpadli na wyskok i po wybiciu runęli z ogromną prędkością i siłą na ziemię.... Sanki się pod nimi złamały, a rura od nich wbiła się mężowi w udo...

Fot. Władysław Czulak / Agencja Gazeta

Ojciec ochronił syna, więc młody jest tylko poobijany, lecz reakcja ludzi to szczyt szczytów. Wypadek wyglądał bardzo poważnie, a wszyscy obecni mieli ubaw stulecia... Pokazywali ich palcami i śmiali się w głos. Rodzice mówili dzieciom: "Zobacz, jak się śmiesznie wywalili, jak zabawnie wyglądają ich sanki"... Nie rozumiem, może to tam normalna reakcja, bo średnio co kilka minut można zobaczyć mniejsze lub większe wypadki... Mąż z synem wstali. Mąż miał zakrwawione spodnie, a syn nie mógł złapać oddechu. Natomiast cała widownia świetnie się bawiła naszym kosztem i po chwili, dalej bezrefleksyjnie, w tym samym chaosie i egoizmie walczyła o własny zjazd... Zanim się na miejscu ogarnęliśmy, inne dziecko z krzykiem zakończyło zjazd, a rodzic rozbierał je na środku Tatrzańskiej, by sprawdzić, czy ręka jest cała. Okazała się cała, więc wrócili do śnieżnego szaleństwa.

Znam to miejsce z dzieciństwa. Było niebezpiecznie, bo stromo, ale nigdy nie było takich sytuacji. Nigdy z małymi dziećmi, nigdy tak egoistycznie i bezmyślnie...

Nasz bilans jest taki: trzy zjazdy i połamane solidne sanki, rozdarte spodnie i getry termiczne, dziura w udzie męża, zdarta skóra, trzy siniaki na plecach syna, dwa bolące nadgarstki, rozerwana rękawiczka. I nasze przerażenie: "Co się dzieje z ludźmi?".

Nie dziwię się, że nasz kraj jest w tym miejscu, w którym jest... Zastanawia mnie tylko, co takiego się stało z ludźmi...

CZYTAJ TAKŻE: Nepalczycy zdobyli K2. A my 20 lat temu odkryliśmy Jagodowe Wzgórze [WYBORCZA CLASSIC]

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.