Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po drugim pojedynku między rozstawionym z pierwszym numerem Zastalem a Spójnią Stargard, która do play-off awansowała z ósmego miejsca, jest jeszcze więcej znaków zapytania niż dotychczas. Koszykarze Żana Tabaka znów musieli ratować sytuację w drugiej połowie. Ostatecznie odpłynęli w końcówce na ponad 20 oczek i dowieźli bezpieczne zwycięstwo. Na pewno nie była to jednak dobra reklama koszykówki.

Po pierwszej połowie do głowy cisnęły się myśli, że zastalowcy będą mieli problem nie tylko z obroną mistrzostwa, ale nawet dotarciem do finału. Oczywiście pogodziliśmy się z tym, że drużyna uległa demontażowi w środku sezonu, że obrona Zastalu już dla nikogo nie jest wielkim wyzwaniem, że po odejściu Lundberga i kontuzji Pappasa nie mamy ani jednego dynamicznego, klasowego kreatora gry (mimo ograniczeń motorycznych ciężar bierze na siebie - z sukcesami - 37-letni Łukasz Koszarek i należy uznać za szczęście, że przed sezonem nie podziękowano mu za usługi). Nie chodzi o to, by oczekiwać niemożliwego. Nie chodzi też o szwankującą skuteczność. Trener Tabak dostawał szewskiej pasji, bo jego zawodnicy po raz kolejny podejmowali masę złych decyzji, spóźniali się w obronie. Nie wykorzystywali szans w ataku - to zawodnik atakujący kosz oddawał piłkę na obwód mimo otwartej drogi pod obręcz, to pudłował z bliskiej odległości. Po prostu wyglądało to źle i nieprzekonująco, uniemożliwiało złapanie rytmu.

Po 20 minutach gry goście wygrywali 42:30. Prowdził ich rozgrywający Jay Threatt, który bezlitośnie ogrywał naszych obrońców w grze jeden na jeden, bez względu na to, czy krył go Kris Richard, czy Geoffrey Groselle po przejęciu zasłony (a jeszcze łatwiej, gdy stawał przed nim Krzysztof Sulima).

 

Tylko co o tym wszystkim myśleć, gdy Zastal po przerwie odrabia całą stratę dzięki poprawie skuteczności (sześć trójek w trzeciej kwarcie przy 1/10 w pierwszej połowie), bez jakieś znaczącej odmiany jakości gry? Przed czwartą kwartą doprowadza do remisu 57:57, bo dwutakty spod obręczy pudłują Filip Matczak czy Nick Faust. Spójnię odcina od prądu, jej defensywa się sypie. Znika Threatt, który do przerwy miał 14 pkt, a mecz zakończył z tylko dwoma więcej.

Zastalowcy w ostatniej części są już pewniejsi siebie, grają kilka udanych akcji z rzędu i bez trudu odskakują na 10 oczek. Goście, podobnie jak w pierwszym meczu, tracą zupełnie głowę i każdą jedną akcję rozgrywają głupiej niż poprzednią. Grają indywidualnie, jakby każdy zapragnął być Kobem Bryantem. Spotkanie wypada im z rąk. Nie mają w drużynie nikogo, kto potrafiłby pociągnąć zespół pod presją, przypomnieć: hej, jesteśmy drużyną.

Zielonogórzanie mają o czym myśleć. Rywali poskromili w końcówce, ale ze swojej gry nie mogą być dumni. I nie powinni się przyzwyczajać, że wystarczy ona na mocniejszych przeciwników. Wynik drugiej połowy (59:32 dla Zastalu) nie mówi, że nagle zaczęli grać superkoszykówkę. Raczej, że Spójnia wyjątkowo łatwo się poddaje. Wystarczyła jedna gorsza kwarta, by pogodziła się ze swoim miejscem w szeregu i stanęła zupełnia sparaliżowana.

Dobrze, że wrócił i gra Geoffrey Groselle (18 pkt na 6/7 z gry i 7 zbiórek w 25 minut). Bez niego byłby koszmar. Na wyróżnienie zasłużyli także Łukasz Koszarek (13 pkt i 6 asyst) i Kris Richard (19 pkt, 5 asyst), którzy na początku czwartej kwarty urządzili sobie festiwal strzelecki. Richard wszystkie swoje punkty zdobył w drugiej połowie.

Mecz zakończył się wynikiem 89:74 dla Zastalu. Trener Tabak był łagodny dla swoich koszykarzy:

- Powiem tak samo, jak po poprzednim meczu. Nie sądzę, że nasze nastawienie było złe, czy że nie doceniliśmy przeciwnika. Mieliśmy dobre pozycje rzutowe, pozostawało tylko pytanie - wpadnie czy nie? Kiedy zaczęło wpadać, wygraliśmy - ocenił. Podkreślał, że nie brał czasów w pierwszej połowie, bo bez względu wydarzenia na boisku jego gracze realizowali założenia systemowe.

Zastal prowadzi w serii ze spójnią 2:0. Trzeci mecz odbędzie się w Stargardzie w Poniedziałek Wielkanocny, tj. 5 kwietnia. Jeśli zielonogórska ekipa wygra, zamelduje się w półfinale Energa Basket Ligi. Na tym etapie uda się do Ostrowa Wlkp., gdzie ligowi włodarze organizują "bańkę". To oznacza, że Zastal w ewentualnym finale ze Stalą będzie musiał grać na terenie rywali. Decyzję prezesa EBL przyjęto generalnie z wielkim oburzeniem. Ostrów miał wyłożyć ok. 300 tys. zł na zorganizowanie bańki, dostrzega wielką szansę na złoto. Zielona Góra nie składała swojej oferty.

CZYTAJ TAKŻE: Janusz Jasiński: Gdyby prezydent Kubicki się nie odwrócił, to Lundberg nadal grałby w Zastalu [ROZMOWA]

ENEA ZASTAL BC ZIELONA GÓRA  89:74  PGE SPÓJNIA STARGARD

Kwarty: 15:23 | 15:19 | 27:15 | 32:17

ZASTAL: Bowlin 8 (2), Richard 19 (4), Brembly 7 (1), Berzins 9, Groselle 18 oraz Koszarek 13 (2), Freimanis 11 (2), Sulima 2, Put 2, Williams i Traczyk - po 0.

SPÓJNIA: Threatt 16 (2), Matczak 14 (1), Cowels 5 (1), Kostrzewski 9 (1), Steele 6 oraz Faust 17 (3), Han 5, Młynarski 2. Gudul, Siewruk i Grudziński - po 0.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.