Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pijarowcy zielonogórskiego klubu żartowali sobie ostatnio z tych, którzy skreślają Zastal już po pierwszej połowie. Nam się nie zdarzyło, jesteśmy od tego dalecy, ale trzeba sobie powiedzieć jasno: drużyna Żana Tabaka nie wygląda obecnie na zespół mistrzowski. Nie ten spokój, nie ta egzekucja, nie ta umiejętność dostarczania punktów, gdy nie siedzi z dystansu. Takie wnioski wyciągaliśmy po dwóch pierwszych meczach play-off, a dzisiejsza wpadka w Stargardzie tylko potwierdza, że czerwona lampka wielu kibicom zapaliła się nieprzypadkowo.

Oczywiście, zadanie było o tyle utrudnione, że mecz rozgrywany był dzień po Wielkanocy. Zastal do Stargardu wyjechał dopiero w poniedziałek i nie miał wiele czasu, by zapoznać się z tamtejszymi koszami. Ale tak naprawdę scenariusz był podobny do tych ze wcześniejszych meczów. Osią zespołu jest Geoffrey Groselle. Kiedy schodzi z boiska, gra Zastalu pogrąża się w mniejszym lub większym chaosie. Do tego amerykański środkowy gra z urazem barku, nie ma tej pewności siebie, jaką dysponuje w pełni zdrowy zawodnik. Niestety w poniedziałek już po pięciu minutach gry złapał dwa przewinienia i niemal całą połowę przesiedział na ławce. 

Pierwszą kwartę Zastal przegrał 11:18. Tempo było dość szybkie, na pewno za szybkie dla Krzysztofa Sulimy czy Łukasza Koszarka, którzy nie nadążali w obronie. Sytuacja poprawiła się w drugiej ćwiartce, kiedy celownik wyregulował David Brembly, odpalając dwie trójki z rzędu. Jego dyspozycja zza łuku w kontekście walki o tytuł będzie dla Zastalu kluczowa. Przynajmniej w serii ze Spójnią to właśnie Brembly jest najczęściej odpuszczanym zawodnikiem na dystansie, gdy trzeba podwoić lub zejść do pomocy. Kiedy sypnął dwa razy zza łuku, a po trójeczce dołożyli Rolands Freimanis i Kris Richard, Zastal przegrywał już tylko 28:30. To było w połowie kwarty. Potem nastąpił zastój, inicjatywę przejęła Spójnia. Z dystansu lub dalekiego dystansu Filip Matczak po zasłonie, Jay Threatt po zasłonie, podobnie Raymond Cowels. Przy zejściu do szatni Spójnia prowadziła wyraźnie 43:32. 

Po przerwie Zastal potrzebował tylko siedmiu minut, by doprowadzić do remisu. Strzelecko uaktywnił się Kris Richard, swoje punkty wyrwał tu i ówdzie Janis Berzins. Wydawało się, że gospodarze kolejny raz zawalą drugą połowę i ugną się psychicznie pod nacierającym Zastalem. Ale nie tym razem. Spójnia podnosi się w końcówce kwarty, kluczowy rzut w swoim szalonym stylu trafia Nick Faust. Dodaje zespołowi skrzydeł. Co prawda, przed rozpoczęciem kwarty Zastal zdobywa jeszcze dwa łatwe kosze, doprowadza do stanu 59:61, ale miejscowi czują, że tym razem łatwo się nie złamią.

I rzeczywiście, po pięciu minutach czwartej kwarty prowadzą 73:66. Świetną robotę w obronie wykonuje Filip Matczak, koledzy z trudem, bo z trudem, ale dostarczają punkty. Threatt jest spokojny, ale nie wycofany, jak zdarzało mu się poprzednio. Żan Tabak, trener Zastalu, w odpowiedzi poleca grać każdą akcję na Groselle'a. Ten raz po raz bierze rywali na plecy, ale chyba nawet nie połowa tych akcji kończy się powodzeniem. Center nie jest w rytmie, często pudłuje lub daje się zaskoczyć przez drugiego obrońcę. Przy podaniu na obwód szwankuje zaś skuteczność (tylko 6/25 zza łuku w całym meczu). Najlepiej wychodzą podania do ścinających pod kosz Brembly'ego czy Richarda. To właśnie po takich akcjach Zastal jakoś wychodzi z nieciekawej sytuacji. Na dwie minuty do końca przegrywa jednym punktem - 74:75. Spójnia stoi, bo uparła się na rzuty dystansowe z nieprzygotowanych pozycji.

Gospodarze mają problemy mentalne, kolejny raz byli blisko, by wypuścić mecz z rąk, ale - jak już wiecie - tym razem dali radę. Wybronili ataki Zastalu, a przy stanie 77:75 dla Spójni (pół minuty do końca meczu) rzucającego z rogu za trzy Matczaka faulował Skyler Bowlin. Powtórek nie widzieliśmy, ale trener Żan Tabak wściekł się na sędziego jak nigdy. Stał w jednej linii z Matczakiem, podobnie jak arbiter. Ten ostatni gwizdnął przewinienie, podczas gdy chorwacki szkoleniowiec był przekonany (jak możemy się domyślać), że Matczak celowo wyciągał nogi do przodu pod biegnącego do bloku obrońcę. Tabak musiał użyć bardzo ostrych słów, bo od razu dostał dwa "dachy" i wyleciał z boiska.

Spójnia miała w tym momencie pięć rzutów wolnych, z których trafiła... dwa. Czteropunktowa zaliczka okazała się jednak wystarczająca. Szybkie punkty w odpowiedzi dostarczył Richard, ale później z linii rzucał już Threatt, który na cztery próby w sumie pomylił się tylko raz. Po pierwszych osobistych Zastal miał szansę doprowadzić trójką do remisu, ale przy próbie zagrywki pick'n'pop gospodarze przechwycili podanie od Richarda do Freimanisa. Skończyło się wynikiem 82:77 dla Spójni.

Zastal w serii do trzech zwycięstw prowadzi 2:1. Kolejny mecz w środę, 7 kwietnia. Jeszcze jeden w Stargardzie. Jeśli nie przyniesie rozstrzygnięcia, decydujące spotkanie rozegrane zostanie w Zielonej Górze.

PGE SPÓJNIA STARGARD  82:77  ENEA ZASTAL BC ZIELONA GÓRA

Kwarty: 18:11 | 25:21 | 18:27 | 21:18

SPÓJNIA: Threatt 11 (2), Matczak 9, Cowels 14 (2), Kostrzewski 7, Steele 8 oraz Młynarski 14 (2), Faust 7 (1), Gudul 9, Han 5 (1), Szmit 0. 

ZASTAL: Bowlin 8 (2), Richard 11 (2), Brembly 12 (2), Berzins 12, Groselle 14 oraz Koszarek 5, Freimanis 11 (1), Williams 4, Sulima 0.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.