Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prokuratura Okręgowa w Zielonej Górze wydała komunikat o postępach śledztwa w sprawie DPS Domu Kombatanta. Śledczy tłumaczą, że to pokłosie pytań dziennikarzy. Opracowany przez prokuratorów wydziału śledczego, ma zaoszczędzić pracy rzecznikowi, odnosi się także do doniesień „Wyborczej” sprzed tygodnia, gdy alarmowaliśmy, że prokuratorzy nie przesłuchali kluczowych świadków m.in. jednej z pensjonariuszek, której amputowano nogę. Kobieta umarła w szpitalu w Szprotawie, po tym gdy w DPS, jesienią ub.r. wybuchło największe w regionie ognisko koronawirusa. Wojewoda Władysław Dajczak zarządził ewakuację, gdy pensjonariusze miejskiej placówki zostali bez wystarczającej opieki.

Zdzisławie z ust sączyła się krew. Halina w ranie miała larwy. Zbyszek leżał tydzień z udarem. Co wykażą dwa śledztwa w DPS-ie?

Źródłowski nic nie może

Prokuratorzy z okręgu zaznaczają na początku, że śledztwo przejęli z rejonu 10 października 2020 r., pięć dni po wielkiej ewakuacji. Tłumaczą, że śledztwo na razie prowadzoną w sprawie, a nie przeciwko konkretnym osobom. Prokuratorzy badają okres od grudnia 2018 r. do końca 2020 r.

– Śledztwo toczy się pod kątem narażenia przez osoby zobowiązane do opieki nad pacjentami na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu poprzez sprawowanie nienależytej opieki i nieumyślnego spowodowania śmierci – wymienia Zbigniew Fąfera, rzecznik zielonogórskiej Prokuratury Okręgowej.

Śledczy badają m.in. okoliczności śmierci Zdzisławy Wolańskiej. Zawiadomienie złożył rok temu Artur Źródłowski, przyjaciel pensjonariuszki. Przedstawił, jego zdaniem, listę kluczowych świadków, które mogły potwierdzić brak należytej opieki pielęgniarskiej, medycznej. I choć na liście było blisko 20 świadków, śledczy przesłuchali tylko sześć osób. Źródłowski nie może dowiedzieć się o postępach śledztwa. Nie może wnosić zastrzeżeń. Został opiekunem prawnym Zdzisławy Wolańskiej kilka dni po jej śmierci.

– Źródłowski nie ma uprawnień do składania wniosków dowodowych i nie jest też informowany o postępie śledztwa. Prawa zmarłej pokrzywdzonej reprezentuje w niniejszym przypadku prokurator – informuje Fąfera.

Sześciu przesłuchanych pracowników ze 120

DPS dla Kombatantów zatrudniał w ostatnich latach ok. 120 pracowników. Wielu z nich opowiadało dziennikarzom, nie tylko „Wyborczej”, o nieprawidłowościach w opiece nad seniorami podczas pandemii, gdy dom był zamknięty przed bliskimi pensjonariuszy.

Śledczy przesłuchali tylko sześciu pracowników i to na wczesnym etapie, gdy śledztwo prowadziła prokuratura rejonowa, a sprawa nie była upubliczniona przez dziennikarzy.

Prokurator prowadzi śledztwo w DPS, a dyrektor dostaje 15 tysięcy nagrody od Haręźlak

– Po przejęciu śledztwa przez wydział śledczy prokuratury okręgowej zaniechano czasowo przesłuchania pozostałych osób z personelu medycznego (pielęgniarskiego i opiekunek). Prokurator uznał, że osoby te zobowiązane do opieki nad osobą narażoną mogą bowiem występować w dalszej fazie postępowania jako strona postępowania karnego – wyjaśnia Fąfera.

Źródłowski: – Wskazałem osoby, które mają wiedzę na temat nieprawidłowej opieki pielęgniarskiej, medycznej, które nie zgadzały się na złe traktowanie mieszkańców, ratowały życie. Stały po stronie sprawiedliwości. Prokurator, który przejął sprawę, chyba nie czytał zeznań opiekunek, skoro uważa, że cały personel może być winny. Tu winne były konkretne osoby i one zostały wskazane w zawiadomieniu – mówi Źródłowski i wskazuje na pielęgniarki i ówczesnego dyrektora domu, który przymykał oko na niskie standardy w opiece.

Czytaj także: Dom Kombatanta. "Zapewniali, że z mamą jest wszystko w porządku. W Drezdenku trzeba było wycinać martwicę"

Opiekunki mówiły „Wyborczej”: – Kiedy zgłaszamy chorobę mieszkańca, słyszymy od pielęgniarek: „Wyluzujcie”, „Nie przeżywajcie tak”, „Zajmijcie się swoimi sprawami”, „Nie wchodźcie w nasze kompetencje”, „Po co zawracasz mi głowę!?”.

Źrodłowski opisał okoliczności śmierci Zdzisławy Wolańskiej, gdy przez tydzień był oszukiwany przez pielęgniarki. Te zapewniały, że kobieta dobrze się czuje. Tymczasem z ust, nosa, ran sączyła się ropa i krew. Źródłowski nie mógł odwiedzić kobiety, ale o złym stanie alarmowały go opiekunki. Same nie mogły wezwać pogotowia. Było to zabronione. Źródłowski wezwał prywatnie lekarza, dopiero wtedy kobietę przewieziono do szpitala. 

Szpital wojewódzki w Gorzowie, oddział zakaźny, 4 października. Pacjenci przywożeni z DPS w Zielonej GórzeSzpital wojewódzki w Gorzowie, oddział zakaźny, 4 października. Pacjenci przywożeni z DPS w Zielonej Górze Arch. Wielospecjalistyczny Szpital Wojewódzki w Gorzowie Wlkp.

Śledztwo na „papierach”

Prokuratorzy dziś śledztwo opierają na dokumentacji medycznej prowadzonej w DPS i tej pozyskanej ze szpitali, do których pensjonariuszy przewieziono po ewakuacji Domu. Słuchają relacji członków rodzin i mieszkańców.

– Przesłuchano 14 osób pokrzywdzonych, w tym także tych reprezentujących prawa osoby zmarłej – wylicza prokurator i dodaje, że do prokuratury zgłosiło się aż 31 osób wskazujących śledczym na nieprawidłowości w DPS-ie. Co z zeznaniami pozostałych osób?

– Przesłuchanie pozostałych osób napotyka na duże trudności. Znaczna część z tych osób mieszka poza granicami kraju, m.in. w Szwecji, Wielkiej Brytanii i z uwagi na pandemię brak jest obecnie możliwości przeprowadzenia tej czynności – tłumaczy prokurator i nadmienia, że nawiązano jednocześnie kontakt z innymi 65 osobami.

– Reprezentującymi prawa podopiecznych DPS. Nie wnieśli żadnych uwag do sprawowania opieki nad ich najbliższymi – tłumaczy prokurator.

Nie zdradza jednak, w jaki sposób prokuratur nawiązał kontakt z rodzinami.

Przesłuchano także lekarza interweniującego w DPS i konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie geriatrii.

Kluczowy świadek zmarł

O tym, że swoich zeznań nie złoży Hanna P. [w reportażach „Wyborczej” występowała pod zmienionym imieniem Hanna red.], w której ranie zalęgły się w larwy, nogę trzeba było amputować, pisaliśmy kilka dni temu. Kobieta zmarła w połowie listopada, po ewakuacji DPS.

Prokurator w komunikacie stara się udowodnić, że pensjonariuszka wcale nie była kluczowym świadkiem. Stan kobiety nie był zły, a dziennikarze błędnie opisali sytuację. Kobieta została przyjęta do DPS z odleżynami, a gdy trafiła w październiku do szpitala, rany były w dobrym stanie.

– Przy przyjęciu pacjentki do szpitala w dniu 5.10.2020 roku stwierdzono u niej odleżyny na kości krzyżowej i pięcie prawej wymagające chirurgicznego opracowania, jednakże stan sanitarny skóry przy przyjęciu lekarz określił jako czysty, bez wykwitów – pisze prokurator Zbigniew Fąfera.

Tyle że prokurator myli… nogi poszkodowanej, myli pobyty w szpitalu. Opisując stan skóry pacjentki, opisuje drugą nogę, bo ta, w której ranie zalęgły się larwy, została amputowana w sierpniu 2020 r. Kobietę wówczas pilnie operowali lekarze Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze.

– Stan pacjentki zagrażał życiu, wykonaliśmy zabieg ratujący życie. Nie było wyjścia, trzeba było amputować nogę, by przeżyła – mówił Wyborczej dr Sławomir Cieśla, wiceszef kliniki chirurgii i chirurgii onkologicznej. Lekarze przyznali, że mieszkanka była zaniedbana. Na stole operacyjnym z rany wysypały się larwy. O tym w komunikacie prokuratury nie ma słowa.

– Bo w dokumentacji szpitala brak jest zapisów na temat stanu zdrowia pacjentki w chwili przyjęcia do szpitala – mówi prokurator. Czy zostaną przesłuchani lekarze? Prokurator nie odpowiada.

Pielęgniarki DPS-u zapewniały, że rano zmieniały opatrunek, ale larw nie było, ale taką wersję wykluczyli lekarze w rozmowie z „Wyborczą”.

Kto i jak często zmieniał opatrunki? Poszkodowana tego już śledczym nie powie. Choć mogła to zeznać, gdyby po powrocie ze szpitala została przesłuchana. Alarmowaliśmy wówczas prokuraturę o możliwości mataczenia w śledztwie, bo do opieki nad kobietą zostały oddelegowane te same pielęgniarki, które nie dopatrzyły rany. Kobiecie utrudniano kontakt z bliskimi jej osobami, zepsuto kartę SIM do telefonu. Dopiero po interwencji „Wyborczej” spotkała się z przyjaciółką.

Czytaj także: Śledztwo w DPS. Zepsuty telefon, skasowane numery, odwołane wizyty. "Rozpłakała się na mój widok"

Prokurator i dokumenty

Śledztwo dziś bazuje na badaniu dokumentacji medycznej. Prokuratorzy wytypowali do sprawdzenia dane 28 pacjentów przewiezionych po ewakuacji z Zielonej Góry do szpitala w Gorzowie. Pierwsze trzy ekspertyzy, przeprowadzone przez wrocławskich lekarzy, nie wykazały, by personel przyczynił się do śmierci pensjonariuszy.

– Biegli w sposób jednoznaczny wskazali na przyczynę chorobową, jako ostateczną przyczynę zgonu pensjonariuszy – tłumaczy Fąfera. Jakich pensjonariuszy dotyczą ustalenia, prokurator nie informuje "Wyborczej". Nadmienia jedynie, że średni czas oczekiwania na opinię to okres ok. sześciu miesięcy do roku.

– Śledztwo potrwa przynajmniej rok z uwagi na wyznaczane odległe terminy sporządzania opinii przez biegłych powoływanych w tej sprawie – prognozuje prokurator Fąfera.

Szpital w Drezdenku, 17 października 2020. Akcja powrót pensjonariuszy z DPS dla Kombatantów w Zielonej GórzeSzpital w Drezdenku, 17 października 2020. Akcja powrót pensjonariuszy z DPS dla Kombatantów w Zielonej Górze Arch Lubuskiej policji/asp Tomasz Bartos

Czy karty były fałszowane?

Kluczowe pytanie jest takie, czy dokumentacja medyczna w pełni oddaje obraz sprawowania opieki pielęgniarskiej? Kontrola wojewody, doniesienia ze szpitali wskazywały na braki w prowadzonej dokumentacji medycznej. Po drugie, pracownicy wskazywali, że jedna z pielęgniarek wynosiła w lipcu dokumentację medyczną pensjonariuszy z DPS, by prawdopodobnie ją uzupełnić. O fakcie tym, już w lipcu ub.r. "Gazeta Wyborcza" informowała śledczych. Prokuratorzy zapewniają, że badają autentyczność dokumentów.

– Raporty opiekunek i pielęgniarek wcześniej poddawane są oględzinom w zakresie indywidualnych pacjentów w poszczególnych dniach, następnie poddawane porównaniom celem sprawdzenia, czy nie wprowadzano w nich niedozwolonych poprawek o cechach sfałszowania – tłumaczy Fąfera.

Kontrola wojewody

Dlaczego więc odstąpiono od przesłuchiwania kluczowych świadków podanych przez zgłaszających przestępstwo, np. opiekunek, które wskazywały nieprawidłowości w pielęgniarskiej opiece, kiedy bagatelizowano ich prośby np. o wezwanie lekarza, podawanie leków, zmianę opatrunków, a nawet wezwanie karetki pogotowia?

– Prokurator nie będzie tłumaczył się z przyjętej przez siebie formy prowadzenia śledztwa i kolejności realizowanych i planowanych przez siebie czynności – odpowiada rzecznik Fąfera.

O tym, że pielęgniarki bagatelizowały pacjentów, mówi także raport wykonany przez kontrolerów wojewody lubuskiego. Czytamy w nim, że w styczniu i kwietniu 2020 [tylko te miesiące wyrywkowo kontrolowano – red.] blisko 40 sygnałów od opiekunek zostało pozostawionych bez odpowiedzi pielęgniarek.

– Brak reakcji pielęgniarek na zgłoszenia opiekunów nie zapewnia mieszkańcom wystarczającego poczucia bezpieczeństwa – czytamy w raporcie wojewody. Kontrolerzy wymieniają np. sytuację ze stycznia 2020 r., gdy pielęgniarki nie wezwały pogotowia do poturbowanej mieszkanki. Kobieta przewróciła się w nocy, dopiero po dwóch dniach wezwano lekarza. Była hospitalizowana w szpitalu przez tydzień.

Kogo broni prokurator?

W komunikacie prokuratorzy przywołują także przypadek innej pacjentki o inicjałach H.N.

– U której stwierdzono liczne i noszące cechy długotrwałości i zaszłości odleżyny i której zdjęcia fotograficzne przedstawiano na konferencji w jednym ze szpitali, jako przykład zaniedbań. Stwierdzić należy, że pacjentka ta przyjęta została do DPS już z licznymi odleżynami. Członkowie rodziny potwierdzili, że „nie dawali sobie rady” z leczeniem odleżyn i m.in. z tego powodu zdecydowali się umieścić kobietę w DPS. Rodzina nie wniosła zastrzeżeń do pracy personelu medycznego – tłumaczy prokurator.

– Nie wiem, po której stronie stoi prokurator, ale nie po stronie mieszkańca. DPS to specjalistyczny ośrodek, w którym rany, z którymi nie radziła sobie rodzina, powinny być wyleczone. Nie może być to wytłumaczeniem, że pensjonariusz przyszedł z ranami, to może je już mieć, aż do śmierci. To jest nieludzkie – mówi „Wyborczej” jedna z opiekunek. I dodaje, że jeszcze kilka lat temu taka sytuacja nie miałaby miejsca w Domu Kombatanta. – Potrafiłyśmy wyleczyć dużo gorsze odleżyny, kiedy mogłyśmy zmieniać opatrunki pensjonariuszom. Każda z nas ma do tego kompetencje, ale zabrał je nam ówczesny dyrektor. Pielęgniarki nie były w tym sumienne. Nikt ich nie kontrolował – tłumaczy opiekunka z dużym stażem.

Prokurator na końcu przyznaje, że zalecenia pokontrolne wojewody lubuskiego nie zostały w pełni zrealizowane. – I w tym zakresie podjęte zostaną dalsze działania mające na celu ich realizację – wyjaśnia prokurator.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.