Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W przeciwieństwie do dwóch pierwszych meczów między obiema ekipami tym razem wyrównana walka trwała od pierwszego do ostatniego gwizdka, w tym sensie, że ani klub z Zielonej Góry, ani z Ostrowa nie miały jakichś wyraźnie słabszych momentów, zawalonych pojedynczych kwart. Wynik przez niemal pełne 40 minut oscylował wokół remisu. Oglądaliśmy wiele zmian prowadzenia, gra była płynna, bez jakichś dłuższych postojów, jeśli chodzi o skuteczność. Dużo działo się na dystansie, dużo pod koszem, praca sędziów specjalnie nie rzucała się w oczy. Kibicom mecz musiał się podobać.

Stal od początku korzystała z patentów, które sprawdziły się w poprzednim starciu. Amerykańscy zawodnicy obwodowi dużo grali jeden na jeden, wchodzili w pomalowane jak w masło, co kończyło się albo punktami, albo faulem, albo podaniem do ścinającego pod kosz kolegi. Wszystko przechodziło w zasadzie przez Treya Kella, który po raz kolejny umiejętnie korzystał ze swej przewagi siły nad obrońcami Zastalu. Jego 19 pkt przy 11/16 z linii wolnych mówi wszystko.

Zastal w pierwszej części meczu znów zbyt stacjonarny, mało odważny w atakowaniu trumny. Poza Geoffreyem Grosellem długo, długo nic. Choć gołym okiem widać było, że od początku próbowano uruchomić Rolandsa Freimanisa, którego w tej serii zdecydowanie brakuje. Rollo był bardziej widoczny, ale też mało skuteczny, przegrywający na deskach (16 pkt, 6/15 z gry, 3 zbiórki).

Klub z Zielonej Góry przegrał pierwszą kwartę 17:22. Byłoby gorzej, gdyby w jej końcówce nie wskoczył na wyższe obroty w obronie, nie podkręcił tempa gry w ataku. Te założenia udało się utrzymać w drugiej kwarcie, po zakończeniu której był już remis 42:42. Zastal podchodził, obejmował czasem nawet minimalne prowadzenie, ale Stal odpowiadała tym samym. W tym fragmencie drużyna Igora Milicicia kryła głównie strefą, którą Zastal karał trafieniami zza łuku po bardzo nieskutecznych w tym aspekcie pierwszych 10 minutach.

Już do przerwy mocno zarysowała się dysproporcja w oddanych rzutach wolnych, a im dalej w las, tym mocniej (na koniec meczu 7/9 Zastalu i 19/26 Stali). Niestety, w zielonogórskim klubie brakuje zawodników obwodowych, którzy są w stanie z dużą pewnością siebie atakować kosz. Pod obręczą liczyć można w zasadzie tylko na Groselle'a, ale niestety nie udało się go wyeksponować w takim stopniu jak w poprzednim meczu.

Kluczowym fragmentem dla losów meczu była trzecia kwarta. Łukasz Koszarek przez kilka dobrych minut po profesorsku prowadził zastalowców, z nim na parkiecie wyszli na sześciopunktowe prowadzenie. Wtedy "Koszi" usiadł na ławce. Kiedy wracał niedługo później, było już cztery do tyłu. Pod jego nieobecność gra w ataku zupełnie się nie kleiła. Do tego trójkę z ósmego metra, od tablicy, równo z końcową syreną wrzucił Chris Smith. Stal zanotowała zryw 15:2, by przed ostatnią częścią meczu prowadzić 66:59. Nie pomogła nawet absencja Kella, który opuścił boisko z podkręconą kostką.

Kell wrócił dopiero na osiem ostatnich minut meczu. Zastal się zbliżał, głównie dzięki rzutom za trzy, ale gdy ich zabrakło, to zabrakło też argumentów na pokonanie Stali. Ci agresywnie atakowali obręcz, wymuszali przewinienia, szukali łatwych piłek pod koszem. Drugi mecz z rzędu spełnili też jedno ze swoich podstawowych założeń, które brzmi: nie ulec Zastalowi na deskach. Dziś wygrali zbiórkę 34:33. Jako zespół popełnili niedużo, bo 11 strat. Dzięki temu cieszą się zwycięstwa. Wynik - 90:81 dla Stali. Indywidualnie różnicę zrobił Chris Smith, autor 18 punktów (8/12 z gry) i bardzo cennych 8 zbiórek i 3 przechwytów.

- Po zrywie 15:2 Stal dostała wiatru w żagle. Oddaliśmy ten mecz w trzeciej kwarcie. Ale to są play-offy, nikt jeszcze nie wygrał, ani nie przegrał mistrzostwa. Przed nami długa seria. Robimy analizę, wyciągamy wnioski i gramy dalej - powiedział po meczu David Brembly na antanie Polsatu Sport.

Zastal rzucał w tym meczu dobrze za trzy, zanotował 12/33 zza łuku. To pokazuje, że nawet dobra dyspozycja na dystansie nie pozwoli okiełznać Stali. Zastalowcy muszą agresywniej atakować kosz i szybciej biegać na połówkę rywala. Dziś z kontry nie zdobyli ani jednego kosza.

Żan Tabak ma jednak pretensje do arbitrów: - Różnica rzutów osobistych w dzisiejszym meczu to 26 do 9, a fauli 28 do 17. Dopiero trzy minuty przed końcem trzeciej kwarty ostrowianie mieli cztery faule w jednej kwarcie. Pierwszy rzut po przekroczeniu limitu przez rywali oddaliśmy dwie minuty przed końcem spotkania. To wszystko - powiedział trener Zastalu.

Na plus Łukasz Koszarek, u którego tak walecznej mowy ciała nie widzieliśmy od dawna. Kapitan Zastalu na co dzień wydaje się wyluzowanym zawodnikiem, ale dziś przypomniał, że nieprzypadkowo jest 5-krotnym mistrzem kraju. W walce o wysoką stawkę rodzi się w nim wojownik. Dziś po prostu ciągnął Zastal na swoich barkach. Czasem wręcz sfrustrowany poczynaniami kolegów, wołał o piłkę i tworzył coś z niczego. Na jego koncie 10 pkt, 8 asyst i całkiem przyzwoita gra w obronie.

Następny mecz serii w poniedziałek o godz. 19.30

BM SLAM STAL OSTRÓW WLKP  90:81  ENEA ZASTAL BC ZIELONA GÓRA

w serii do czterech zwycięstw Stal prowadzi 2:1

Kwarty: 22:17 | 20:25 | 24:17 | 24:22

STAL: Kell 19 (2), Garbacz 18 (4), Smith 18 (2), Mokros 9 (1), Sobin 10 oraz Florence 6, Ogden 9, Andersson 1, Kucharek i Ryżek po 0.

ZASTAL: Bowlin 6 (2), Richard 16 (2), Brembly 11 (3), Freimanis 16, Groselle 15 oraz Koszarek 10 (2), Berzins 5 (1), Williams 2, Sulima 0.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.