Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z tym skansenem to nie przesada. W maju tego roku wybiło 17 lat obecności Polski w UE. Jak policzyli urzędnicy, województwo lubuskie otrzymało w tym czasie 1,7 mld euro tylko w ramach regionalnych programów operacyjnych. Po przeliczeniu na nasze wychodzi jakieś 7 mld zł. Ogromna pula, która nie uwzględnia przecież pieniędzy z programów krajowych, dzięki którym powstały największe inwestycje na czele z drogą ekspresową S3. To właśnie nową "trójką" wjechaliśmy w nowe stulecie, a po pieniądze z różnego rodzaju programów sięgały jeszcze samorządy, przedsiębiorstwa, uczelnie, szkoły, instytucje otoczenia biznesu. W sumie w Lubuskie wpompowano dziesiątki miliardów złotych.

Podgoniliśmy Zachód? Bez cienia wątpliwości. PKB województwa od 2004 r. wzrosło dwukrotnie. To samo tyczy się całego państwa - Bank Światowy podaje, że w ciągu 17 lat naszej obecności w UE polskie PKB wzrosło z 255 do 600 mld dolarów. Wyrabiamy 80 proc. średniej unijnej. Można mówić o fenomenie.

W drodze są kolejne pieniądze, ale perspektywa już jakby mniej optymistyczna. Na drodze stoi polski ultrakonserwatywny rząd i macha szabelką. Mówi, że UE jest wspólną wartością, że nie chce polexitu, jedynie broni polskiej suwerenności. Dopiero za tą fasada słychać coś przeciwnego: "żyjemy pod brukselską okupacją", "UE przystawia nam pistolet do głowy". Jedna narracja przeczy drugiej, w obie naraz uwierzyć nie sposób. Problem z tym mają także w Brukseli.

Epokowy most i sen pasjonata

Na Odrze niedaleko Zielonej Góry od dwóch lat wzrasta stalowy gigant. Spółka Mota-Engil z podwykonawcami buduje w Lubuskiem pierwszy most z prawdziwego zdarzenia - pierwszy od czasów wojny. Powstaje efektowną i skomplikowaną metodą nawisową. Jego koszt wraz z budową nowej drogi w kierunku miasta zamknie się w 80 mln zł. To obok ukończonego już Centrum Zdrowia Matki i Dziecka (także w lwiej części sfinansowanego z UE) największa inwestycja w historii lubuskiego samorządu. Aż 60 mln wyłożyła marszałek Elżbieta Polak z regionalnego programu.

Budowa mostu na Odrze w MilskuBudowa mostu na Odrze w Milsku mat. prasowe

– Roczny budżet województwa to pół miliarda złotych. Nie trzeba być biegłym w matematyce, aby zdać sobie sprawę, że bez unijnych funduszy o przedsięwzięciach na taką skalę moglibyśmy pomarzyć – opowiada Marcin Jabłoński z zarządu województwa.

W Milsku nad rzeką, gdzie rośnie most, słuchają go dziennikarze. Jeżdżą po Lubuskiem na zaproszenie marszałek, oglądają współfinansowane z UE inwestycje. Dzień wcześniej odwiedzili browar w Witnicy, podziwiali odrestaurowane klasyczne auta w warsztacie Doctor Classic w Lubiszynie, i to, w jaki sposób przebudowane zostały Stacja Kultura w Deszcznie i przedszkole w Przytocznej. Niby tylko mury, a robią wrażenie, w środku wyposażone na bogato. Z pieniędzy podatników takie u nas praktycznie nie powstają. 

A ile unijna pomoc znaczy dla prosperującej firmy z pomysłem i pasją? To aż za dobrze wiedzą miłośnicy aut z Lubiszyna. Napisali rozległy projekt, sięgnęli po 2,2 mln zł dofinansowania. Po usprawnieniach warsztatu mogą konkurować z firmami z Niemiec i USA. Opracowali nowy klej hybrydowy, zaczęli stosować druk 3D, nowoczesne procesy blacharskie i lakiernicze. 

– Zaczynaliśmy 12 lat temu w przydomowym garażu. Jesteśmy małą, rodzinną firmą – opowiadał Dariusz Nawrocki, prezes Doctor Classic.

Warsztat Doctor Classic w LubiszynieWarsztat Doctor Classic w Lubiszynie mat. prasowe

Warsztat Doctor Classic w LubiszynieWarsztat Doctor Classic w Lubiszynie mat. prasowe

Takie historie najlepiej chyba uprzytamniają, jak wiele szans otworzyła Polakom UE. Może nawet lepiej niż most, dzięki któremu kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców skróci swoją drogę do miasta o lekko pół godziny w każdą stronę. 

Dziś w Milsku na drugi brzeg przedostać się można tylko promem, z którego kursowaniem bywa różnie. Pogoda i poziom wody często nie pozwalają. To samo dzieje się na wysokości Brodów, Połęcka, Pomorska. 

Jabłoński opowiada: – Mieszkańcy terenów za Odrą na ten most czekali kilkadziesiąt lat. Dlatego to takie ważne, żebyśmy pokazywali wpływ unijnych pieniędzy na rozwój regionu. To nasza racja stanu.

Inną szkołę znaliśmy

Unijne pieniądze zmieniły polską szkołę. Doskonale widać to na przykładzie "Elektryka" w Nowej Soli. Modernizacja dawnego budynku ZSP przy ul. Kościuszki i przebudowa kompleksu przy ul. Piłsudskiego to jedna z największych inwestycji w historii powiatu. Pochłonęła 14,5 mln zł. Powiat wyłożył 7,7 mln zł, a po resztę, czyli de facto drugą połowę, sięgnął z trzech różnych unijnych programów. Wcześniej w podobny sposób udało się przebudować halę sportowa.

– Dzięki temu "Elektryk" to dzisiaj jedna z najnowocześniejszych szkół w województwie. Dysponuje 26 salami lekcyjnymi, w tym wieloma wyposażonymi w sprzęt, który pozwala wypuszczać absolwentów gotowych do pracy w zawodzie. Przygotowanie nowoczesnej bazy kształcenia było dla nas priorytetem – mówi Waldemar Wrześniak, wicestarosta nowosolski.

Szkoła kształci informatyków, elektryków, mechatroników, programistów, budowniczych, energetyków, ekonomistów, a także speców od reklamy czy systemów energetyki odnawialnej. Prowadzi też mundurowe liceum ogólnokształcące, przygotowuje do pracy w służbach. W środku wygląda inaczej niż szkoła, jaką kojarzymy sprzed 10-20 lat. Toalety są wyłożone kafelkami, zadbane, korytarze przestronne, a uczniowie rzeczywiście doskonalą się w praktyce. Nie na przestarzałych gratach, ale np. na systemie, który wiernie odwzorowuje prace na zawieszonych liniach energetycznych. Tyle że napięcie jest bezpiecznie niskie i praca nie odbywa się na wysokości. Przyszli technicy budownictwa oprócz czytania podręczników po prostu stawiają ściany z pustaków, przygotowują i nakładają zaprawę. Tak samo na innych kierunkach. Szkoła posiada choćby rzadką pracownię CNC (programowania obrabiarek sterowanych numerycznie).

– Sprzęt do klas kupowaliśmy po rozmowach z lokalnymi firmami. Wskazywały nam urządzenia, które przyszli pracownicy powinni umieć obsługiwać. To dla nas ważne, żeby uczniowie byli gotowi do wejścia na rynek pracy. Nie może być tak, że w szkole młodzież uczą się na trabantach, a później dostają do naprawienia mercedesa – wyjaśnia Jarosław Cybulski, kierownik kształcenia praktycznego w nowosolskim "Elektryku".

Zajęcia lekcyjne w Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego 'Elektryk' w Nowej SoliZajęcia lekcyjne w Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego 'Elektryk' w Nowej Soli CKZiU 'Elektryk'

Urszula Chorążyk w tej samej szkole uczy ponad 20 lat. Mówi, że zmiany na przestrzeni ostatnich lat były rewolucyjne. – Prowadzę zajęcia z reklamy. Kiedyś pracowaliśmy na klejach, brokatach i sznurkach. Dzisiaj mamy do dyspozycji komputery, drukarki 3D, plotery i studio fotograficzne. Inny świat – mówi nauczycielka.

Farmy też były inne

Podobnie unijna kasa popchnęła do przodu zielone technologie. To właśnie za sprawą dopłat w Polsce wybuchła gorączka na instalowanie paneli fotowoltaicznych. Na mniejszą skalę w domu, by być samowystarczalnym, i na większą – w plenerze, by zarobić. Grunt, że każda, nawet najmniejsza inwestycja w odnawialne źródła energii pomaga zmieniać proporcje polskiego miksu energetycznego. Na odejście od węgla UE daje państwom członkowskim 30 lat. Polska od tego surowca jest całkowicie uzależniona, ma też najbrudniejsze powietrze w Europie.

– Unia dofinansowywała montaż paneli fotowoltaicznych dla samorządów, przedsiębiorców, a nawet osób prywatnych. Tak rozkręcił się cały rynek. Mamy do czynienia z prawdziwym boomem, zwłaszcza że ceny energii z węgla drożeją. Z unijnych programów skorzystała choćby Red Light Factory, która pod Zieloną Górą zbudowała dwie farmy o łącznej mocy 2 MW – mówi Radosław Grech, prezes Centrum Energetyki Odnawialnej (które swoją drogą też powstało dzięki unijnemu wsparciu).

Radosław Grech przed siedzibą Centrum Energetyki Odnawialnej w SulechowieRadosław Grech przed siedzibą Centrum Energetyki Odnawialnej w Sulechowie WŁADYSŁAW CZULAK

Dwie takie małe farmy na półtora hektara produkują energię zdolną zasilić ponad tysiąc gospodarstw domowych. Dziś podobne obiekty buduje się znacznie większe, a prym wiodą państwowe spółki. Dzierżawią ziemię nawet od Kościoła.

– Tylko do końca roku w Polsce powstaną dwie farmy o mocy 2 GW. Stopa zwrotu takich inwestycji nadal jest bardzo atrakcyjna. Jednocześnie przy panelach nie trzeba wiele pracować. Tylko doglądać, czy wszystko jest w porządku – wyjaśnia Grech.

Zarazem trudno byłoby policzyć, ile budynków w Lubuskiem dzięki unijnym funduszom przeszło termomodernizację. Energię wciąż marnujemy na potęgę, ale jednak zrobiliśmy milowy krok, oszczędzając przy tym astronomiczne kwoty. I przysługując się następnym pokoleniom.

Mała, a jednak wielka sprawa

Bogdan i Kamila Kasperscy nie żyją ogólnoświatowym pędem. Martwią się o planetę, która pomału ma już dość. Giną kolejne gatunki owadów, zanika bioróżnorodność. Ludzie uzależniają się od konsumpcyjnego trybu życia, wspierając tym samym dewastujący środowisko wielki przemysł. Jemy niezdrowo, niezdrowo żyjemy, szykujemy katastrofę naszym dzieciom. 

Trudno sobie wyobrazić, że jeszcze kilkanaście lat temu oboje żyli w Warszawie i pracowali w korporacjach. Aż pewnego dnia uciekli na wieś.

– Zauważyliśmy, że nie mamy życia. Że poruszamy się samochodami od budynku do budynku, nie zauważając nawet, jaka jest pora roku. To w nas narastało i w końcu musiało pęknąć – opowiada Kasperski.

Gospodarstwo 'Anielskie Ogrody' w Budachowie k. Bytnicy. Kopuła geodezyjna zasilana panelami fotowoltaicznymiGospodarstwo 'Anielskie Ogrody' w Budachowie k. Bytnicy. Kopuła geodezyjna zasilana panelami fotowoltaicznymi Fot. Bogdan Kasperski/Anielskie Ogrody

Żona zaciągnęła go do rodzinnego Budachowa w woj. lubuskim, do domu babci, w którym się wychowała. Wkrótce zaczęli uprawiać ogród, by jak najrzadziej kupować żywność w sklepie. Z czasem przerodziło się to w ogromną pasję. Dzisiaj ich "Anielskie Ogrody" (nazwane na cześć babci Anieli) są znane w całej Polsce. Wyróżniła ich nawet stacja BBC, promując jako jeden z 10 ogrodów w Polsce, które warto zobaczyć. Na koncie mają też nagrody dla najlepszego gospodarstwa ekologicznego w kraju. 

– Ekologia to nie tylko brak środków chemicznych. To uprawy oparte na bioróżnorodności, elementach permakultury i zasadach ogrodnictwa regeneratywnego. Chodzi też o to, by ziemia żyła, w końcu wszyscy żyjemy we wspólnym ekosystemie – tłumaczy Kasperski.

Jego spółka Camy była jednym z pierwszych beneficjentów finansowanego ze środków UE "Bonu na innowacje", którego operatorem była Organizacja Pracodawców Ziemi Lubuskiej (OPZL). Projekt polegał na montażu kopuły geodezyjnej zasilanej energią słoneczną. Powstał we współpracy z wyżej wspomnianym Centrum Energetyki Odnawialnej w Sulechowie oraz Lubuskim Ośrodkiem Innowacji i Wdrożeń Agrotechnicznych w Kalsku. 

Gospodarstwo 'Anielskie Ogrody' w Budachowie k. Bytnicy. Kopuła geodezyjna zasilana panelami fotowoltaicznymiGospodarstwo 'Anielskie Ogrody' w Budachowie k. Bytnicy. Kopuła geodezyjna zasilana panelami fotowoltaicznymi Fot. Bogdan Kasperski/Anielskie Ogrody

Kopuła przypomina stereotypowe wyobrażenie obiektu kosmicznego, ale w uprawia się w niej m.in. pomidory, melony, winogrona, zioła i rośliny jadalne. Sprawdza się lepiej niż typowa szklarnia, dostosowuje wentylację do temperatury, wytrzymuje wichury, ciężkie ulewy, susze. Pozwala uprawiać warzywa poza sezonem. Mała rzecz dla unijnego budżetu, wielka rzecz dla Kasperskich.

– Konstrukcja pozwala nam przeprowadzać eksperymenty w zakresie uprawy żywności w tzw. warunkach zieleni izolowanej. W technikach upraw korzystamy z metod bezorkowych i „no dig", czyli bez przekopywania ziemi – mówi Kasperski, jeden z tysięcy lubuskich przedsiębiorców, którzy dzięki dobremu pomysłowi sięgnęli po unijne dofinansowania na rozwinięcie skrzydeł.

Miłością do natury wraz z żoną starają się zarazić innych. Robią w gminie społeczne ogrody razem z mieszkańcami, pokazują chętnym, jak zacząć pod swoim domem lub na działce. W czasie pandemii Kasperski uruchomił nawet Internetową Akademię Anielskich Ogrodów i podpowiadał zdalnie.

– Jako ludzkość musimy się przebudzić. Inaczej nic nie zostanie – przekonuje Kasperski.

Marcin Jabłoński: - Trudno z Budachowa wyjechać bez głębszej refleksji. Pokazujemy to miejsce, bo to jeden z dowodów na to, jak w wielu obszarach pomagają mieszkańcom unijne fundusze. To nie tak, że idą one tylko na wylewanie kolejnych ton betonu. O pieniądze na zadania infrastrukturalne będzie zresztą coraz trudniej, bo UE stawia inne cele.

Zamrożone miliardy

W nowej perspektywie na lata 2021-27 woj. lubuskie w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego otrzymać ma 861 mln euro. Promowane będą głównie projekty związane z cyfryzacją, wszelkiego rodzaju innowacjami, ochroną zdrowia i poprawą jakości życia, w tym korzystne dla środowiska naturalnego i przyczyniające się do walki z kryzysem klimatycznym. Na razie Komisja Europejska wstrzymała wypłatę środków za łamanie praworządności przez polski rząd. Lubuski samorząd nie boi się go krytykować.

– Nasze zdanie co do fundamentalnych spraw jak wolność czy demokracja się nie zmieni. Na unijnych pieniądzach zależy nam tak samo jak na unijnych wartościach – podkreślała wielokrotnie Elżbieta Polak, lubuska marszałek.

CZYTAJ TAKŻE: Dla dzieci i wnuków, dla siebie. Zielona Góra przeciwko rządom PiS, nie wyobraża sobie Polski poza UE [ZDJĘCIA]

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.