Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Legendy potwierdzać niby nie trzeba, ale docenić trzeba jak najbardziej. Łukasz Koszarek przez blisko osiem lat był fundamentem, mózgiem, a potem także kapitanem Zastalu Zielona Góra. To za jego kadencji klub osiągnął wszystkie największe sukcesy w historii. Zaczęło się od pierwszego mistrzostwa Polski w historii Zastalu, skończyło na pięciu tytułach, dwóch srebrnych medalach i jednym brązowym.

Przed rozpoczęciem meczu z Legią, dla której gra obecnie Koszarek, jego numer 55, z którym występował w Zastalu, został zastrzeżony. Pod sufitem hali zawisł przygotowany wcześniej baner. Tym samym "Kapitan" dołączył do Waltera Hodge'a i Mariusza Kaczmarka.

- Witam Ciebie, Łukasz, w imieniu swoim, klubu i kibiców. Dziękujemy za piękne siedem lat razem - mówił Janusz Jasiński, właściciel klubu z Zielonej Góry, tuż przed uhonorowaniem Koszarka.

Sam bohater (jak zwykle zresztą) nie był zbyt wylewny. W końcu to tylko nasz "nieśmiały chłopak z Wrześni".

- Razem na wieki wieków. Dziękuję, Zielona Góra! - powiedział Koszarek do kibiców. 

Klub Kibica przygotował na tę okazję specjalny transparent. Głosił: "W sercach kibiców historia zaklęta, panienka, kapitan, bohater, legenda". 

Część z was zastanawia się pewnie, skąd ta "panienka". Starsi kibice pamiętają, że kiedyś tak w kierunku Koszarka krzyczeli kibice przeciwników, zwłaszcza Turowa, z którym Zastal toczył pamiętne pojedynki.

Mecz o "puchar"

Chwilę później sentymenty zostały odłożone na bok, a koszykarze rozpoczęli bardzo ważny mecz, bo mający rozstrzygać o awansie do turnieju o Puchar Polski (przed spotkaniem Zastal i Legia miały identyczny bilans 8-6). 

Zastal zaczął imponująco, bo od zrywu 7:0, w tym alley-oopem wykończonym przez Davida Brembly'ego. Legia w odpowiedzi dość szybko stanęła strefą 1-3-1 i odrobiła większość strat po zbiórkach w ataku. 

Inicjatywę trzymał Zastal, jak rzadko w tym sezonie nie musiał zmagać się z przewagą warunków fizycznych rywali - Dragan Apić zdominował zawody, nic nie robił sobie z obecności topornego Adama Kempa w pomalowanym, a kiedy ten ostatni zszedł, to Serb wręcz skakał legionistom po głowach. Dla reporterskiego obowiązku odnotujmy jeszcze, że po raz kolejny pierwszym rozgrywającym był Nemanja Nenadić, a Branden Frazier zaczął mecz z ławki.

Gospodarze pierwszą kwartę wygrali 21:14, ale po prawdzie to różnica powinna być większa, bo Legia grała bardzo słabo. Nie miała żadnej siły, która byłaby dla Zastalu groźna. Nie miała koncepcji na zdobywanie punktów. Można powiedzieć, że brała, co spadło z nieba. Jeśli chodzi o klub z Zielonej Góry, to dziś należy pochwalić trenera Olivera Vidina, bo pokazał wiele pomysłów na rozbicie strefy 1-3-1, do której chętnie wracali goście. Czasem szwankowało wykonanie, koszykarze musieli dopracowywać szczegóły ustawienia na parkiecie, ale pomysły były bardzo dobre i wiele z nich udało się skutecznie wykonać.

W drugiej kwarcie powinniśmy odjechać, a skończyło się źle. Narosła frustracja z powodu błędów w ataku i w obronie oraz nietrafionych rzutów, gdy tymczasem po drugiej stronie Koszarek (14 pkt do przerwy) dorzucał kolejne trójki po koźle, obnażając defensywę zastalowców. Powiedzmy sobie szczerze: przy obecnej mobilności Łukasza tych pozycji rzutowych w ogóle nie powinno być. 

W połowie drugiej kwarty było jeszcze 31:22, ale przy zejściu do szatni wynik brzmiał już tylko 43:40 dla Zastalu. Potrafiliśmy stracić punkty, wyprowadzając piłkę spod własnego kosza na trzy sekundy przed syreną...

Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl

Co po zmianie stron? Ktoś chyba użył zaczarowanej różdżki. Koszykarze Vidina wyszli ogromnie skoncentrowani i zmotywowani. Zaczęli serią 7:0, a później już poszło. Oglądaliśmy rzadkie momenty w tym sezonie, kiedy piłka krążyła naprawdę szybko, nie dając przeciwnikom szans na skuteczne rotowanie. Tego trzeba więcej. Być może należy podziękować Davidowi Brembly'emu, który tuż przed powrotem na parkiet zwołał kolegów w kółeczko i pozytywnie nakręcał. Swoją drogą, Brembly od niedawna nosi opaskę kapitana. Przejął ją od Krzysztofa Sulimy. Podczas ostatniego meczu z CSKA nam to umknęło.

Trzecia kwarta zakończyła się wynikiem 27:9 dla Zastalu (zryw 17:2 w ostatnich trzech minutach), a to poniosło i koszykarzy, i zgromadzoną publikę. Hala szalała, a koszykarzom wychodziło niemal wszystko. Lanie Legii kontynuowali w czwartej kwarcie. Kiedy przewaga sięgnęła 30 "oczek", na parkiet wybiegli Konrad Szymański i Nikodem Klocek. Aż 10 pkt zdobył Krzysztof Sulima (Brembly po udanych akcjach dopadał do niego i jakby tłumaczył mu: "Chłopie, potrafisz grać w kosza!"). Atmosfera w hali CRS była prawdziwie świąteczna.

ENEA ZASTAL BC ZIELONA GÓRA 100:66 LEGIA WARSZAWA

Kwarty: 21:14 | 22:24 | 27:9 | 30:17

ZASTAL: Nenadić 8, Joseph 11 (3), Brembly 7 (1), Zyskowski 15 (3), Apić 19 oraz Meier 14 (2), Mazurczak 5 (1), Frazier 0, Żołnierewicz 4, Sulima 10, Szymański 4, Klocek 3 (1).

LEGIA: Koszarek 17 (4), Abdur-Rahkman 8, Cowels 10 (2), Kulka 15 (1), Kemp 2 oraz Skifić 5, Sadowski 2, Didier-Urbaniak 7, Kamiński i Kołakowski po 0.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.