Miał być hit i w sumie był, ale Enea Zastal Zielona Góra musiał sobie radzić bez dwóch podstawowych graczy. Szkoda, bo Anwil w najmocniejszym składzie okazał się lepszy tylko trochę, wygrał w hali CRS 83:79.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Koronawirus dał się we znaki. Na Nowy Rok miały być koszykarskie szlagiery w pełnej krasie, tymczasem w pierwszy dzień nowego roku odwołano mecz Śląska Wrocław ze Stalą Ostrów, a dzień później na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem dowiedzieliśmy się, że w spotkaniu Enea Zastalu Zielona Góra z Anwilem Włocławek nie wystąpią Jarosław Zyskowski i DeVoe Joseph - dwaj podstawowi gracze. Jacek Białogłowy z Radia Zielona Góra donosił, że obaj są rozbici, mają wysoką gorączkę i dla bezpieczeństwa zostali w domach.

Tak też zastalowcy w niedzielę musieli sobie radzić w siódemkę. Biorąc pod uwagę okoliczności, zagrali bardzo dobre spotkanie, w sumie niewiele zabrakło im, by wygrać. Regularniej grał Anwil, to on od pierwszej kwarty dyktował warunki, ale gospodarze szarpali z całych sił, chyba jeszcze więcej niż zwykle polegając na indywidualnych lub też dwójkowych akcjach z wykorzystaniem przyśpieszenia graczy obwodu. Dragan Apić (12 pkt, 3/11 z gry, 14 zbiórek) ze swoją przewagą mobilności nad nowym środkowym Anwilu, ciężkim Žigą Dimecem, radził sobie w pierwszej połowie nad wyraz dobrze, wymuszał przewinienia, miał jednak problemy ze skutecznością. No i goście z każdą minutą mocniej zagęszczali mu pole gry. Stąd wziął się m.in. genialny występ Mazurczaka, ale o tym za chwilę.

Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl

Do przerwy Anwil prowadził 44:43, miał wyraźną przewagę na deskach, choć mimo jego pressingu na piłce gospodarze popełnili tylko cztery straty. Gdyby nie zaskoczył celnymi trójkami celowo odpuszczany na obwodzie Kamil Łączyński (26 pkt, 6/10 za trzy, w tym cztery trafienia w pierwszej połowie), wynik byłby zgoła inny. Vidin zaryzykował, bo nie miał wyboru. Wielu trenerów na jego miejscu zrobiłoby to samo - "Łączka" nie jest szanowanym strzelcem (ale widać, że ten element podszlifował).

Anwil jako drużyna generalnie dużo rzuca zza linii 6,75 m, bo taka jest filozofia Przemysława Frasunkiewicza. Do przerwy jego zespół oddał połowę prób więcej od Zastalu, niwelując tym nieco słabszą skuteczność. Pod koniec trzeciej kwarty oddanych rzutów było już prawie dwa razy więcej.

Tak czy inaczej Łączyński znów jest mózgiem Anwilu, a w kraju lepszego rozgrywającego obecnie nie znajdziesz. Po jego dorobku punktowym widzicie, że grał odważnie, do przodu, nie zamierzał tolerować lekceważenia jego umiejętności ofensywnych. Po zasłonach stawianych przez Dimeca czy Szymona Szewczyka miał mnóstwo miejsca do rzutów i korzystał. A kiedy obrońcy podeszli bliżej, to z Szewczykiem (17 pkt, 3/6 za trzy) zaczęli grać śmiertelnie skuteczne pick'n'popy. To właśnie dwie trójki z rzędu popularnego "Szewca" pozwoliły Anwilowi na początku czwartej kwarty odbić od Zastalu 73:59. To był kluczowy fragment meczu, kiedy opadliśmy z sił, a cały ciężar zdobywania punktów wziął na siebie Andrzej Mazurczak (22 pkt, 8/15 z gry). Andy grał doprawdy fenomenalnie, wychodziło mu wszystko. Można powiedzieć, że zneutralizował dorobek Łączyńskiego.

Kłopot w tym, że Zastal miał zbyt wiele dziur jako drużyna. Widać, że trener Vidin nie jest zwolennikiem twardych systemów. W takich sytuacjach, kiedy braknie podstawowych graczy, widać to bardziej. Zespół nie ma wypracowanego  do szczegółów modelu gry, ciągle polega na pick'n'rollach, a gdy coś pójdzie nie tak, to gracze niejednokrotnie wydają się zagubieni, podejmują złe decyzje. W czwartej kwarcie zbliżyliśmy się jeszcze, bo najdynamiczniejszy na boisku Jonah Mathews podkręcił kostkę, utykał, a po stronie Zastalu kilka mądrych zachowań pokazał Tony Meier (jedna zagrywka z Apiciem - miód, chyba zapożyczona od Tabaka), z którego dużą zasługą miejscowi zrobili zryw 6:0 i zbliżyli się do Anwilu na 64:73.

Goście w końcówce grali nerwowo, nie ogarnęli strefy, choć mogli liczyć na Mathewsa (zobaczycie, chłopak jeszcze zrobi karierę). Na 20 sekund przed końcem Zastal miał piłkę i tracił tylko cztery punkty, ale stało się coś dziwnego, bo Apić nie złapał piłki nad koszem, którą miał zapakować z góry. Anwil wyjechał więc ze zwycięstwem, poprawiając swój bilans do stanu 13-4. Enea Zastal na koncie ma 10 zwycięstw i 7 porażek.

ENEA ZASTAL BC ZIELONA GÓRA 79:83 ANWIL WŁOCŁAWEK

Kwarty: 17:21 | 26:23 | 16:23 | 20:16

ZASTAL: Mazurczak 22 (3), Nenadić 11 (1), Brembly 11 (2), Meier 11 (2), Apić 12 oraz Żołnierewicz 8 (1), Sulima 4. 

ANWIL: Łączyński 26 (6), Mathews 15 (1), Bell 6 (1), Petrasek 8, Dimec 9 oraz Szewczyk 17 (3), Dykes 2. Bez punktów Bojanowski, Kowalczyk, Olesiński i Woroniecki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem