Zwiększają komfort, zmniejszają ból i dają pewność pacjentkom, które straciły pierś w chorobie nowotworowej. Siatki biologiczne nie są niestety standardem w koszyku świadczeń NFZ, zielonogórska fundacja kupuje je, by ulżyć kobietom. - To mądrze wydane pieniądze - mówi prof. Dawid Murawa, polski chirurg onkolog.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fundacja Chirurgii Onkologicznej im. Pawła Murawy powstała jesienią 2020 roku, po to by zbliżyć standardy pracy chirurgów do tych najlepszych w Europie. Fundacja zaczęła od zakupów aparatury, o której szpitale mogły tylko marzyć. Oczkiem w głowie fundacji stał się oddział zielonogórskiej lecznicy, który po przekształceniu w klinikę, budował bazę niemalże od podstaw.  

Po szesnastu miesiącach działania fundacja chce pomagać nie tylko chirurgom, ale także pacjentom. Na początek pomoże amazonkom. I to tym, w najgorszej sytuacji.  

Daniel Hrehorecki (z lewej) i prof. Dawid Murawa
Daniel Hrehorecki (z lewej) i prof. Dawid Murawa  Fot. Maja Sałwacka

Siatka ratunkiem dla wyniszczonej naświetlaniem pacjentki

- Siatka jest cudownym wybawieniem dla pacjentek, które nie mogłyby być poddane zabiegowi rekonstrukcji piersi z uwagi na niski poziom tkanki tłuszczowej, zniszczenie tkanek po radioterapii, czy po wycięciu rozległej zmiany. Dzięki siatce wszczepienie implantu jest często w ogóle możliwe. Poza tym taka procedura oznacza mniejszy ból, większy komfort. Kobiety odzyskują pewność siebie, co jest szalenie ważne w leczeniu chorób onkologicznych - zachwala siatki biologiczne prof. Dawid Murawa, szef kliniki chirurgii onkologicznej, prezes Polskiego Towarzystwa Chirurgii Onkologicznej.   

Fundacja kupiła 49 siatek. Wydała blisko 300 tys. zł. Większość, bo 15 trafi do zielonogórskiego szpitala. Reszta do lekarzy z Poznania, Lublina, Wałbrzycha i Bydgoszczy, którzy siatki umieją wszczepiać, bo nie jest to wcale standardem w polskiej chirurgii.

- Niestety przez to, że procedura jest poza zasięgiem leczenia NFZ, wielu lekarzy nie umie jej jeszcze wykonać, choć w Polsce pierwsze zabiegi wykonano już w 2017r. - mówi prof. Murawa. I przyznaje, że wszystko rozchodzi się o wycenę świadczeń przez fundusz. Siatka najwyższej klasy, wykonana z biologicznego materiału pobranego od świni lub krowy hodowanej pod medycznym nadzorem kosztuje ok. 6 tys. zł. A fundusz całą procedurę wszczepienia implantu wycenia jedynie na ok. 10 tys. zł. Do tego trzeba pokryć koszty zakupu implantu, pracy chirurgów i pielęgniarek, doliczyć koszty pobytu w szpitalu.

- Szpitale musiałyby dokładać do każdego zabiegu ok. 5 tys. zł. Kto by się na to zgodził? Dlatego lekarze nawet nie mówią, że taka możliwość istnieje, żeby nie denerwować pacjentek - przyznaje Murawa i dodaje, że jako szef Polskiego Towarzystwa Chirurgicznego razem Naczelną Izbą Lekarską próbuje wymóc na ministerstwie zdrowia zmianę wyceny rekonstrukcji piersi.

- Trudna sprawa. Dlatego póki co, siatki kupuje nam fundacja - ucina. Murawa w maju organizuje w Zielonej Górze szkolenie dla chirurgów, by siatki umieli i chcieli zakładać. Na szkolenie ma przyjechać znany włoski chirurg.

- Marcello Pozzi z teamu prof. Roya DeVity z rzymskiego Elena Hospital - wymienia profesor.

Blisko 300 tys. zł na 50 piersi

Zrekonstruowana pierś zatopiona w siatce z wołowego osierdzia dużo szybciej się goi. Radykalnie zmniejsza ryzyko powikłań przy wszczepieniu implantów piersi. Po kilku tygodniach tkanki ludzkie wchłaniają siatkę. Same stają się silniejsze. Kobieta odczuwa mniejszy ból. Pierś staje się naturalna w wyglądzie.

- W krajach Europy Zachodniej takie procedury są standardem. Mają też dodatkowy plus, można zrobić rekonstrukcję tuż po mastektomii, podczas jednej operacji - zachwala Murawa. W Szpitalu Uniwersyteckim w Zielonej Górze operuje rocznie ok. 200 pacjentek z rakiem piersi.

- W tym ok. 80 pacjentek, to te które decydują się rekonstrukcję po mastektomii. Na ostatnią fazę leczenia często przyjeżdżają właśnie do Zielonej Góry, a przyjeżdżają z całej Polski - mówi prof. Murawa. Na razie ma materiały dla 15 kobiet. Liczy, że uda się uzbierać fundusze dla kolejnych kobiet. Pacjentki same kupić siatki nie mogą. Polski system zdrowia wyklucza możliwość prywatnej partycypacji w kosztach.

W Polsce każdego roku u 20 tysięcy kobiet wykrywa się raka piersi. Połowa wymaga mastektomii. Spośród nich ok. 10-15 proc. słyszy o przeciwskazaniach do zabiegu rekonstrukcji.

Nie tylko dla lekarzy, ale także dla pacjentów

Daniel Hrehorecki, prezes Fundacji Chirurgii i Onkologii Polskiej przyznaje, że akcja kupowania siatek była krajowa. Pieniądze, ok. 150 tys. zł, zebrały właścicielki firmy bieliźnianej Li Parie - Jola Lewicka, jedna z lepszych polskich braffiterek oraz Marta Małecka. Część złotówek za każdy sprzedany biustonosz czy gorset szedł na konto fundacji.

- Dziewczyny włożyły w to dużo energii, miały pomysł jak przekazać kobietom coś, co w Polsce nie jest refundowane, a jest bardzo potrzebne. Pomoc onkologiczna to nie tylko chirurgiczne cięcie, naświetlania, chemioterapia, ale też psychologiczne podejście do pacjenta. Nastawienie optymistyczne daje siłę do walki - mówi Daniel Hrehorecki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem