Chcemy rozbudować 18-wieczny zwierzyniec, obracający kapitałem jedynie z biletów i miejskiej dotacji, bez grantów hodowlanych, naukowych, edukacyjnych, wprowadzając tam trudne gatunki, jak lemury katta czy kapucynki, mające dalece większe potrzeby niż kozy. Notabene, kuriozalne jest zdjęcie prezydenta miasta karmiącego kozę z wielkim zapaleniem wymion, zachwalające cały projekt - pisze dr Sebastian Pilichowski, biolog UZ.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka dni temu prezydent Zielonej Góry ogłosił, że rozpoczyna rozbudowę minizoo w Ogrodzie Botanicznym. Od lat zwierzęta dzielą tu przestrzeń z plastikowymi figurami, przedstawiającymi postaci bajek. Są egzotyczne kozy, owce, surykatki, papugi czy pawie. Niestety, zwierzęta żyją w małych zagrodach i wolierach, często bez dostępu do roślinności. W sprawie dziwi fakt, że projekt założenia zoo w Zielonej Górze nie stał się wzorcową inwestycją, choć był międzynarodowym projektem. Zielona Góra przystąpiła do niego w partnerstwie z niemieckim Cottbus. Polskie zoo przez zoologów i biologów jest mocno krytykowane. Niemcy przymknęli na to oczy.

Z krytyką spotyka się także jego rozbudowa, którą Janusz Kubicki, prezydent Zielonej Góry ogłosił kilka dni temu. Kubicki chce do minizoo ściągnąć m.in. małpki kapucynki, lemury, dzikie owce, wybudować pawilon edukacyjny i nowe toalety. W mediach społecznościowych chwali się zdjęciem, gdy karmi miniaturową kozę w minizoo. Nie zauważając, że zwierzę ma zapalenie wymiona. 

Dr Pilichowski rozlicza pomysły prezydenta

Sprawę rozbudowy minizoo skomentował w mediach społecznościowych Sebastian Pilichowski, doktor nauk biologicznych, który pracuje na Uniwersytecie Zielonogórskim. Przez lata prowadził zajęcia w zielonogórskim Ogrodzie Botanicznym. Pilichowski zaczyna od tego, że idea powstania zoo w Zielonej Górze dawała nadzieję na bardzo fajny projekt. Niestety miasto nie posłuchało się specjalistów. 

Jest rok 2007. Powstaje Wydział Nauk Biologicznych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Tam dr Zbigniew Zawada zakłada pierwsze terraria i pojemniki hodowlane z bezkręgowcami. W krótkim czasie te kilka "szkieł" urasta do pomieszczenia hodowlanego, służącego wyrabianiu umiejętności hodowlanych u studentów, ale i praktycznej wiedzy w kontakcie ze zwierzętami. Działalność pracowni zyskuje na rozgłosie, gdy podczas prelekcji dla szkół studenci prezentują wybrane zwierzęta, a mieszkańcy mogą doświadczyć tego kontaktu między innymi podczas Festiwalów Nauki organizowanych przez uczelnię na zielonogórskim deptaku. Nim pracownia przenosi się do Nowego Kisielina, w jeszcze bardziej poszerzonej formie, pojawia się koncepcja budowy w Zielonej Górze ogrodu zoologicznego, potocznie zwanego zoo. Idea promieniuje realnym światłem realizacji, gdyż jeszcze nie tak dawno temu w pobliżu Wydziału, przy byłym miasteczku ruchu drogowego mieszkańcy mogli spotkać zwierzęta w prostym zwierzyńcu. Przez kilka lat toczą się rozmowy, miasto nawet ogłasza przetarg za przetargiem, zamówienie za zamówieniem. W 2011 roku do Urzędu Miasta wpływa projekt koncepcyjny budowy Mini ZOO w Zielonej Górze zarysowany przez olsztyńską firmę IKA Projekt sp. z o.o. To jest jeszcze ten etap, gdy mówimy o możliwym powołaniu ZOO (nieważne, czy nazwiemy je minizoo), nie zaś przestarzałej i prymitywnej w swej formie "Bajkowej Zagrody" - pisze dr Pilichowski i wyjaśnia skrupulatnie czym wg prawa jest zoo, by na końcu przyznać, że zielonogórskie zoo nie ma z nim nic wspólnego. 

"Zielonogórzanie zapewne zapomnieli już, ale te 10 lat temu była realna szansa na utworzenie ogrodu zoologicznego, a zatem instytucji naukowej, o nadrzędnym zadaniu polegającym na ochronie gatunków zagrożonych wymarciem, co więcej prowadzącej edukację społeczeństwa na temat zagrożeń wobec bioróżnorodności. ZOO to również działalność naukowa, opracowywanie programów hodowlanych trudnych gatunków, placówka dająca możliwość poważnego kształcenia studentów podczas praktyk, uczestnicząca w międzynarodowych działaniach w ramach sieci (np. EAZA - the European Association of Zoos and Aquaria, World Association of Zoos and Aquariums), a dopiero na tym polu stanowiące miejsce rekreacji i turystyki. Zupełnie analogicznie funkcjonują ogrody botaniczne - tłumaczy dr Pilichowski. I wylicza błędy.

"Niepoważnym rozwiązaniem jest w XXI wieku powoływanie zwierzyńca, w którym plac zabaw zlokalizowany jest przy wybiegach, a zwierzęta nie znają terminu "cisza, spokój". Gdzie tablice "edukacyjne" zawierają niezmiennie błędy od 2014 roku, a mimo realizacji partnerskiej projektu transgranicznego z Tierpark Cottbus, tablice są wyłącznie po polsku, co nie sprzyja realizacji jednego z celów powołania minizoo - zwiększenie atrakcyjności turystycznej na pograniczu z Niemcami, skoro tak bardzo skupiamy się tu na ruchu turystów" - tłumaczy dr Pilichowski i dodaje, że  obecny charakter, tzn. menażeryjny, prymitywny został wsparty dość nietypową próbą obrania edukacji społeczeństwa poprzez bajkowe figury z tworzywa sztucznego i gadające drzewo, co kosztowało znaczną część budżetu na utworzenie "Bajkowej Zagrody".

"Ideą pierwotną był zamiar czytania dzieciom bajek w tychże okolicznościach "przyrody", ale powiedzmy sobie szczerze, niezbyt zrealizowaną. Wśród bubli inwestycyjnych znajdziemy "wieżę widokową" wybudowaną na wzór ambony myśliwskiej, niespełniającej wymogów BHP w związku z udostępnianiem obiektu zwiedzającym, więc z miejsca zakazano wejścia na nią. Nie ma tam ujęcia ciepłej wody (BHP pracy ze zwierzętami!), woda ma ujęcie ze... studzienek hydrantowych (zakręcanych siłą rzeczy na zimę), nie ma też miejsca, w którym lekarz weterynarii mógłby wykonać prosty zabieg tego wymagający - miażdży minizoo dr Pilichowski. I dziwi się, że dziennikarze z euforią przyjęli informację o rozbudowie minizoo.

"Chcemy rozbudować 18-wieczny zwierzyniec, obracający kapitałem jedynie z biletów i dotacji miejskiej (brak grantów hodowlanych, naukowych, edukacyjnych), wprowadzając tam trudne gatunki, jak lemury katta czy kapucynki, mające dalece większe potrzeby niż kozy. Notabene, kuriozalne jest zdjęcie prezydenta miasta karmiącego kozę miniaturkę, ale z wielkim zapaleniem wymion. Z drugiej strony to doskonale obrazuje wiedzę o przyrodzie, w tym jej ochronie, roślinach i zwierzętach w strukturach władzy miasta" -  pisze Pilichowski i przedstawia sytuację, gdy pytał urzędników o kuchnię do przygotowywania posiłków dla zwierząt, dopytywał o chłodnie, których nie ujęto wstępnie w planach. 

"Nigdy nie przeboleję, że moglibyśmy dziś mieć już kilka lat funkcjonujące Centrum Bioróżnorodności, w skład którego miały wchodzić: Ogród Botaniczny Uniwersytetu Zielonogórskiego, Ogród Zoologiczny w Zielonej Górze, Zielonogórskie Muzeum Przyrodnicze i Ośrodek Rehabilitacji Dzikich i Chronionych Zwierząt.  Zamiast ZOO mamy Mini Zoo "Bajkową Zagrodę", zamiast pierwszego w kraju muzeum przyrodniczego w myśl idei muzeum historii naturalnej mamy Centrum Przyrodnicze" - kończy dr Pilichowski. 

Cały wpis dr Sebastiana Pilichowskiego można przeczytać poniżej

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Co z artykułu zrozumie Kubicki ksywa środkowy palec
    Wiesław Śmiech
    już oceniałe(a)ś
    9
    0
    Świetna analiza acz straszna. Na FB ten wpis funkcjonuje jako #DruidPunchTime, ale można tu mówić o nokaucie. Jak dobrze, że jest wśród elity intelektualnej miasta Pan Doktor czy kilku Profesorek czy Profesorów UZ aktywnie włączonych w życie miasta i używających swej wiedzy i kompetencji (również czasu wolnego) do merytorycznego punktowania poczynań władzy dysponującej naszymi pieniędzmi. Ten sikający MIŚ (na miarę naszych możliwości) w tejże Bajkowej Zagrodzie jest jak symbol olewki lokalnej dyktatury na głos konstruktywnej krytyki wszak każdy dyktator otacza się klakierami głupszymi od siebie i właśnie wtedy, tym bardziej, jest potrzebny taki punch na otrzeźwienie - jeśli nie dyktatora to choć może gawiedzi wznoszącej go na urzędy.
    już oceniałe(a)ś
    8
    0